Opowiadanie znajdujące się na tym blogu jest opisem miłości dwóch mężczyzn. Jeśli jesteś osobą niepełnoletnią, lub tego typu związki wywołują Twoje zgorszenie, proszę, opuść tę stronę. Opowiadanie może zawierać opisy scen erotycznych oraz wulgaryzmy pojawiające się jako specyfika języka bohaterów – proszę mieć to na uwadze, przystępując do lektury.

wtorek, 15 października 2019

Rozdział XXX Koniec

Długo nie miałam serca wrzucać ostatniego odcinka, mimo że mam tylko dwie stałe czytelniczki (a przynajmniej one zostawiają komentarze). Jednak nie mogę dłużej kisić zakończenia. Mam nadzieję, że przypadnie Wam ono do gustu i mnie nie zlinczujecie. No i chyba przydadzą się chusteczki, z tego też powodu nie betowane też przez zemnie.
Z dedykacją dla mojej pierwszej miłości: Nuriko.

_________________________________________________________________________________




- Panno Evans, tak się cieszę. – powiedział Save wchodząc do swojej kliniki i zastając swoją sekretarkę. – Bałem się że po tej całej aferze z moim kochankiem panią stracę. – dodał uśmiechając się do niej. – Jeszcze tak nagle wziąłem urlop zostawiając wszystko na pani głowie. Nie znajdę w gabinecie wypowiedzenia prawda? – zapytał.
- Nie. Polubiłam pracę z panem. I nie przeszkadza mi pański związek. Choć przyznam że był to dla mnie szok. – mruknęła kobieta wstając zza biurka. – Zrobię panu kawę. Jest kilka spraw do omówienia więc niech pan usiądzie. – dodała na chwilę znikając w pomieszczeniu gospodarczym. Save westchnął zajmując miejsce na skórzanej kanapie w poczekalni dla gości. Po chwili wróciła do niego jego sekretarka podając mu filiżankę z czarnym płynem.
- Nie wiem jak pani to robi, ale ta którą piję tutaj zawsze najbardziej mi smakuje. – wyznał psycholog. Sekretarka uśmiechnęła się lekko.
- Nie musi mi pan schlebiać. Powiedziałam że zostaję.
- Ależ to prawda. Zauważyłem to dopiero gdy wiozłem urlop i sam musiałem parzyć sobie kawę. No ale mówiła pani że jest dużo spraw. Proszę mówić. – dodał pijąc kolejne łyki zbawczego, czarnego płynu.
- Pierwszy problem to wymówienia. Połowa z naszych lekarzy natychmiast po tej aferze odeszła. – westchnęła. – Pozwoliłam sobie dać ogłoszenie że zatrudnimy fachowców. – dodała nieco nie pewne. Ale uspokoiła się gdy Save skinął głową z aprobatą. Pijąc kawę dał jej znak by kontynuowała. – Wielu pacjentów także odeszło. Nie tylko pańskich.
- Spodziewałem się tego. – przyznał Save. – Ale gdy sprawa przycichnie i ludzie o tym zapomną wszystko wróci do normy. – stwierdził Save. – Nie, kogo ja chce oszukać. Może nowi lekarze nie będą potrzebni… - jęknął.
- Oj, chyba jednak będą. Bo widzi pan, medal ma dwie strony. Może i część pacjentów odeszła z powodu pana orientacji ale… - sekretarka zawiesiła głos po czym poszła po kalendarz do notowania wizyt. – Od tamtego czasu telefony się urywają. Nie mogłam nadążyć z odbieraniem. Wielu ludzi chce się do pana dostać twierdząc że tylko pan może im pomóc.
- Ni rozumiem. – westchnął Save. – Myślałem że po tym wszystkim stracę wszystkich klientów…
- Przecież nie jest pan jedynym homoseksualistą na świecie. – zaśmiała się panna Evans. – Myślę że oni wszyscy będą czuli się przy panu bardziej swobodnie mówiąc o swoich problemach. Pan ich zrozumie i nie nawrzuca.
- O boże. – jęknął Save podpierając czoło na dłoni. – Tego mi było trzeba, reputacji psychologa dla gejów i lesbijek.
- Mam nie umawiać tych ludzi? – zapytała zdezorientowana sekretarka.
- Ależ nie. Pacjent to pacjent, nikogo nie będę dyskryminował. Będę tego żałował ale trudno… - mruknął wstając i idąc do swojego gabinetu.

Następnego dani Save przeżył chwilę grozy. Przed jego poradniom stało kilka podejrzanie wyglądających, drogich samochodów. Nie mówiąc już o tym że kręciło się przy nich kilku nie mniej podejrzanie wyglądających typków. Z duszą na ramieniu Save przekradł się tak by nie było go widać i ukrył w bezpiecznej przystani za jaką uważał swoją poradnie.
- Panie Sarivald! – podskoczył jak rażony prądem na dźwięk głosu swojej sekretarki. – Ma pan nowego pacjenta. – powiedziała, przyglądając mu się uważnie. Save potrzebował by chwilę odetchnąć. Po czym spojrzał na kobietę.
- Dobrze panno Evans. Proszę go umówić na najbliższy termin. Dziś zajmę się zaległymi kartami i innymi papierami. – powiedział.
- Ale on już na pana czeka. – wyjaśniła sekretarka.
- Jak to? Przecież dziś wtorek. We wtorki nie przyjmuje pacjentów żeby zająć się papierami. Chyba nic mi się nie… - zaczął nieco zaskoczony spoglądając na kalendarz ścienny.
- Nie, nie pomyliło się panu. Ale on nalegał. Upierał się i był bardzo stanowczy. – kobieta pochyliła się do Save. – Bałam się mu odmawiać, wygląda jakby był z mafii. Proszę być ostrożnym. – mruknęła cichutko. Save poczuł jak zimny dreszcz przebiega mu po plechach. Więc to jednak mafia i jednak do niego. Czym sobie zasłużył…? Westchnął postanowiwszy być dzielnym. Ruszył do gabinetu, polecając swej sekretarce by nie dalej jak za piętnaście minut przyniosła mu kawę.
Pierwsze co uderzyło w Save po wejściu do gabinetu było zimne spojrzenie mężczyzny czekającego tam na niego. Save jęknął w duchu, wiedząc że to będzie długi dzień… a miał być tak spokojny i przyjemny.

- Skarbie co się stało? Wyglądasz jakby cię coś potrąciło. – zauważył Arashi spoglądając, na wchodzącego Save, znad garnka z obiadem. Blondyn ciężko opadł na kuchenne krzesełko podpierając się na łokciu i próbując pozbierać.
- Arashi, błagam zastrzel mnie. – jęknął.
- Oczywiście skarbie, ale najpierw będziesz musiał wziąć ślub z Cecily i ogólnie zdradzić mnie z połową miasta, wtedy się nad tym zastanowię. – odrzekł Arashi podchodząc do niego z łyżką sosu. – Spróbuj. – polecił. Save zmarnowany grzecznie wziął co mu dawano. – No i? – dopytywał się Arashi.  
- Yhymm… - wymruczał tylko Save.
- O rany, albo kompletnie schrzaniłem przepis, albo naprawdę coś mocno cię dziś sfatygowało. – stwierdził zakręcając grzanie pod obiadem. – Jesteś głodny, czy masz wszystkiego dość i mam cię wyprzytulać? – zapytał uśmiechając się ciepło. Save opierając czoło na wewnętrznej stronie dłoni spojrzał na niego i westchnął.
- Mam dość… - mruknął Save. Azjata w tym czasie odłożył wszystkie sztućce których używał do robienia obiadu po czym podszedł do blądyna wziął go na ręce i wyniósł do pokoju. Tam usadowił się z nim w fotelu i delikatnie pocałował go w policzek.
- Aż tak źle skarbie? Przecież dziś miałeś mieć tyko papierkową robotę. Wczoraj byłeś pełen optymizmu. – zauważył.
- Nawet nie ruszyłem papierów. – westchnął Save usadawiając się na jego kolanach wygodnie i oplatając szyj rękoma. – Pamiętasz dzień w który prasa ogłosiła nasz „romans”. – bąknął nie chętnie. Arashi przytaknął głową słuchając go dalej. – Tamtego dnia chciałem się z tobą zobaczyć i pojechałem do klubu, jednak tam wpadłem na Torę, Kaze i jeszcze jednego faceta. – wyjaśniał. Zrobił sobie przerwę na zbolałe westchnienie. – Przedstawił się jako Kristo Randalf Lind. A dzisiaj nie umawiając się na wizytę czekał na mnie w gabinecie, twierdząc, że dłużej już nie może czekać i żądając terapii.
- To on cię tak wymęczył? Rozumiem że trudny przypadek. – Arashi pogłaskał delikatnie złote loki swego ukochanego.
- Po godzinie miałem dość słuchania o jego problemach, ale nie mogłem go wyprosić bo to szef mafii. Grubsza ryba niż Kaze. To okropne. Arashi, spakujmy się i wyjedźmy gdzieś za granice… do jakiegoś małego, spokojnego kraju… gdzie nas nie znajdzie. – mruknął tuląc się do jego piersi.
- Było aż tak źle? Co on mówił? – zapytał zaskoczony Arashi.
- Na boga, Arashi, nawet ty nie byłbyś taki trudnym przypadkiem ze swoimi wszystkimi traumami, przeżyciami i fetyszami mnożonymi przez trzy. – powiedział Save nagle się prostując. – Zaczął od tego jaki to nie dobry i nie kochający był jego ojciec. Potem przez następne trzy godziny mówił jak to co wieczór słyszał krzyki kochanka ojca z pokoju obok gdy uprawiali dzikie sado- maso i opisywał jak to ten młodszy od jego ojca chłopak później wyglądał… nie mówiąc o tym że co miesiąc kończyło się na tym że dzieciak nie był w stanie wstać z łóżka. A jak nie było w pobliżu kochanka ojca to zjawiał się ktoś inny, krzyczący jeszcze głośniej i entuzjastycznej… chyba jakaś gwiazda rocka… - Save westchnął. – I tak wyglądało jego wczesne dzieciństwo. Potem jakieś znajome jego ojca bliźniaki dorobiły się dziecka. I kiedy oni zabawiali się z jego ojcem on opiekował się tym dzieckiem. Wyobrażasz sobie że on mając szesnaście lat masturbował się myśląc o dziesięciolatku. Boże to przecież chore. – jęknął Save znów się poddając i kładąc na piersi Arashi. Ten pogłaskał go po głowie, nie znajdując słów by go jakoś pocieszyć, odciążyć. Save jednak kontynuował. – Ale to jeszcze nie wszystko. Jak miał dziewiętnaście lat zgwałcił go ten rockman który sypiał z jego ojcem… w ramach „zemsty honorowego wroga” jak to nazywał. To była jakaś głupia gra którą toczyli od lat. Ogólnie po tym Lind dochodził do zdrowia chyba przez miesiąc… - Save znów zrobił sobie pauzę. – Nie wiem co ten psychopata mu zrobił ale blizny na plechach wyglądają jakby co najmniej chciał mu zedrzeć skórę… no i podobno wyciął mu na wewnętrznej stronie uda swój autograf… zboczeniec… A jak taki ledwo żywy, wyrzucony na śmietnik Lind dzwonił do ojca, ten go zbył… zebrała go stamtąd jego niańka… która jest transwestytom. Boże on nie ma żadnych normalnych znajomych. Ja się dziwię że on nie został seryjnym mordercą po takim dzieciństwie…
- Jest szefem mafii, to chyba bardziej ekscytujące. – mruknął Arashi.
- Chyba masz rację. Ale to jeszcze nie był koniec tej wesołej historii. Po tym wszystkim zaplanował jak pozbyć się ojca i tego wokalisty. Jak o tym opowiadał z taki chłodem w głosie bałem się nawet mrugnąć. Przecież ten facet nie ma żadnych oporów żeby kogoś zabić.
- Spokojnie, skarbie. Ciebie nie zabije bo jesteś mu potrzebny. – stwierdził Arashi uśmiechając się. Save podskoczył jak rażony prądem.
- Przestań, a co jak przestanę być mu potrzebny. Zabije mnie wtedy! Za co?! – jęknął znów się kuląc na kolanach partnera. Arashi pogładził go po plecach uspokajająco.
- Skarbie jesteś psychologiem, a on człowiekiem. Choć z połamanymi kredkami to wciąż jest człowiekiem. Na pewno będziesz w stanie utrzymać go w przekonaniu jak bardzo cię potrzebuje. Nie martw się. – powiedział całując go w skroń. Save westchnął po woli się prostując.
- To nie zmienia faktu że omal nie wyzionąłem ducha słuchając go tam… On nakłonił te bliźniaki… te od chłopaka w którym się kochał żeby zabiły jego ojca tak by wyglądało to na robotę wokalisty… miał ułatwione bo jeden z bliźniaków go nie cierpiał… ojca nie Linda. W każdym razie po tym prawie się załamał bo urwał mu się kontakt z tym chłopakiem w którym się kochał od dzieciństwa. Niedawno ten młody znów pojawił się w mieście. Pamiętasz jak w telewizji mówili o serii tajemniczych wybuchów centrum. To był on. Podobno ubzdurał sobie że są teraz wrogami i udawał że chce zabić Linda. Jakiś czas temu się spotkali na pojedynek żeby rozstrzygnąć spór raz na zawsze i wtedy zgarnia ich policja. Wylądowali razem na dwie doby w areszcie… a ten popapraniec zgwałcił tego… tego faceta… w prawdzie ma już dwadzieścia lat, ale…
- Spokojnie skarbie. – Arashi chwycił Save za ręce, którymi ten gestykulował zamaszyście.
- Ale nadal jest miedzy nimi pięć lat różnicy, a on miał szesnaście lat jak masturbował się myśląc o dziecku. To obrzydliwe. – wyrzucił z siebie Save ostatnim tchem. Powietrze jakby z niego zeszło i blondyn opadł w ramiona Arashi jak szmaciana lalka. – Ja nawet nie wiem jaką metodę leczenia zastosować. Nic już nie wiem… mogłem zostać prawnikiem. – jęknął.
- Skarbie, daj spokój. Pracujesz w tym już prawie dziesięć lat. Pomogłeś wielu ludziom. Nie pozwól by jeden trudny przypadek sprawił że się poddasz. Wiem że jak przemyślisz to wszystko na spokojnie znajdziesz odpowiednie rozwiązanie. – powiedział czule.
- Arashi… - szepnął Save. – Gdy położymy się dziś wieczorem do łóżka, proszę trzymaj się ode mnie z daleka… przez to wszystko mam wstręt do wszystkiego co może być związane z seksem. – mruknął cicho.

***

Tydzień przed trzydziestymi piątymi urodzinami Arashi, gdy przygotowania do tego wydarzenia szły pełną parą przyszył solenizant zasłabł na jednej ze swych sesji zdjęciowych. Po godzinie wszyscy jego najbliżsi byli w szpitalnej poczekalni. Save dotarł tam jako ostatni.
- Co się stało? Nic mu nie jest? – zapytał z zadyszką podbiegając do Tory z Arashi juniorem na rękach. Dziewczyna spojrzał na niego nie pewnie.
- Nie wyjdzie z tego. – stwierdził twardo Nuriko po czym dostał kopniaka od swojego młodszego brata który obecnie był u szczytu karieru rockmana.
- Tora? – domagał się Save, najwyraźniej ufając tylko jej osądowi.
- Ja… nie wiem. – jęknęła dziewczyna. – Mam złe przeczucia. – mruknęła.
- Co wy? – jęknął Save zupełnie zbity z tropu. – Przecież to Arashi. On nie może… - zawiesił głos po czym opadł na fotel w poczekalni. I wtedy dostrzegł Kaze. Wyglądała jak cień samej siebie. Zwykle złośliwa i wścibiająca nos w nie swoje sprawy teraz siedział cicho z ponurą miną na drugim końcu rzędu kanap. – Nie to nie możliwe. – mruknął pod nosem. Nagle poderwał się z miejsca. – Ktoś u niego był? – zapytał.
- Nie. Nadal jest w takim stanie że nikogo tam nie wpuszczają. Ale Okami… on nam powie. – mruknęła Tora drżąc.
- I mamy tu bez czynnie czekać? – zapytał wściekle Save.
- A potrafisz mu jakoś pomóc? Wiesz co to właściwie za choroba i jak go z niej wyleczyć? – zapytał chłodnym tonem Nuriko. Save spojrzał na niego zaskoczony. – Zamknij się w końcu. Nie tylko ty się martwisz. – dodał po czym podszedł do Kaze. Chwilę rozmawiali, po czym zaczęli się szarpać i końce końców chłopak wyprowadzić płaczącą Chinkę z poczekalni. Save znów opadł na siedzenie z rezygnacją. Miał wrażenie że o czymś mu nie powiedzieli. Reakcja Kaze go przerażała. Przecież dziewczyna zawsze była taka opanowana i spokojna. Blondyn poczuł jak powoli jego ciało zalała fala gorąca, a jednocześnie było mu tak strasznie zimno. A jeśli Arashi tym razem naprawdę umrze? Pytanie samo pojawiło się w jego głowie. Student ukrył twarz w dłoniach by ukryć ich drżenie. To było zbyt straszne. Nie chciał o tym myśleć ale ta myśl wciąż natrętnie powracała. Ostatnio więcej chorował. Ciągle źle się czuł i skarżył co rusz. W ciągu ostatniego pół roku zasłabnięcia zdarzały mu się stanowczo zbyt często. Jak można było tak bagatelizować sprawę. Save musiał rozpiąć koszulę i pozbyć się krawatu, bo poczuł jak się dusi. Jak mógł tego nie zauważyć? Stan Arashi od roku tylko się pogarszał. Stopniowo, po woli z dnia na dzień Azjata był coraz bledszy, słabszy… Ale wciąż się uśmiechał, pajacował, wciąż dokazywał z Save juniorem i Arashi juniorem. Nadal sprzątał, gotował prał… nawet ochota na seks mu nie przechodziła. A Save był tak pochłonięty pracą i udowadnianiem Lindowi że wciąż potrzebuje on psychologa, że nie zwrócił uwagi na zmianę odcieniu skóry Arashi na jaśniejszą. Przecież to mogła być zwyczajna schodząca opalenizna.Tłumaczył sobie. Splótł dłonie i chwilę patrzył w podłogę.
- Tora… - zaczął cicho. – Powiedz że on z tego wyjdzie. – dziewczyna spojrzała na niego nie pewnie. Po chwili uśmiechnęła się smutno.
- Oczywiście, przecież to Arashi. – powiedział drżącym głosem a zaraz po tym po jej policzkach popłynęły łzy. Save przyszedł deresz. Zimny dreszcz z rodzaju tych o których się mówi że to śmierć przechodzi obok.
Oczekiwanie na jakiekolwiek wieści przeciągało się nieznośnie. Save myślał że zwariuje wciąż próbując się pozbyć najczarniejszych myśli ni dających się odpędzić.
- Tora… - zabrzmiał nagle znajomy głos. Dziewczyna siedząca obok Save zerwała się i padła w ramiona męża. Ten delikatnie pogładził ją po rudych lokach.
- Mów. Powiedz że z nim wszystko dobrze. – poprosiła ze łzami w oczach. Okami chwilę milczał. Jakby szukał odpowiednich słów.
- Ni pokoi mnie to co dzieje się z Arashi. – mruknął cicho. Save poczuł jak jego serce na chwilę się zatrzymuje. Błagał w myślach by Okami dodał jeszcze coś, coś co pozwoli mu wierzyć. – Ale bywało już podobnie. Na razie jest stabilny.
- To znaczy? – zapytała natarczywie Tora.
- Jest nieprzytomny. Tak samo jak zawsze. – dodał. Save przełknął głośno ślinę. Jak zawsze. Powtarzał sobie uporczywie jego słowa. Jak zawsze Arashi z tego wyjdzieMusi z tego wyjść!
- Save, myślę że możesz do niego iść. W prawdzie odwiedziny tylko dla najbliższej rodziny, ale… - Okami uśmiechnął się ciepło. Save potrzebował dłuższej chwili by zrozumieć sens jego słów. W końcu podniósł się i ruszył.
Po chwili znalazł się w sali szpitalnej. Ten widok zawsze go przerażał. Arashi na sterylnym łóżku szpitalnym w białej wykrochmalonej pościeli, podłączony do sprzętu którego znaczenia blondyn nawet nie był w stanie się domyślać. Nieruchomy, statyczny, niemalże martwy.
Przełknął ślinę po czym po woli wszedł do środka. Przysunął sobie krzesło i usiadł obok łóżka kochanka. Delikatnie ujął jego dłoń i pocałował ją.
- Arashi, wróć do mnie. – szepnął jakby mając nadzieje że Azjata spełni jego życzenie.

Dni mijały a schemat choroby Arashi powtarzał się jak w zegarku. Save siedział przy nim gdy tylko mógł na przemian z Torą, Neko i Uki. Aż pewnego dnia pojawiła się Sora.
- To dziwne. Nic nie wyczułam. – oświadczyła wchodząc do sali i patrząc na nieprzytomnego Azjatę. – Dowiedziałam się z mediów. – dodała wchodząc. Save patrzył jak dziewczyna spokojnie podchodzi do łóżka, siada i gładzi przyjaciela po czole.
- Arashi, Arashi. Zawsze musisz wszystkich martwić. Dałbyś już sobie spokój. – mruknęła pochylając się całując go w czoło. Gdy się podniosła po jej policzkach popłynęły łzy.
- Sora…? – zaczął nie pewnie Save.
- To nic… prawda? Gdy Arashi się obudzi, przeprosi nas wszystkich z uśmiechem i obieca że to się więcej nie powtórzy. I tak będzie. To ostatni raz gdy nas tak straszy. – powiedziała uśmiechając się przez łzy. Save niepokoiło jej zachowanie, a jeszcze bardziej jej słowa. Czuł się przy niej tak dziwnie. Zawsze wiedział wszystko o Arashi, dosłownie wszystko mimo że tak rzadko się z nim widywała. A on pomimo to że mieszkał z nim od tak dawana, wciąż odkrywał w nim coś co go zaskakiwało. Westchnął patrząc znów na dziewczynę. Ona także na niego spojrzała.
- Dziś uświadomiłam sobie jak ulotne jest ludzkie życie. – mruknęła. – Myślisz że Arashi mi wybaczy? – zapytała nagle.
- Co ma ci wybaczać? – zapytał zaskoczony blondyn.
- To że ci powiedziałam. – mruknęła wstając. – Nie mów mu że tu byłam. Nikomu nie mów. Nadzieja ma wielką siłę. – stwierdziła, po czy zostawiając Save samego ze swymi pytaniami wyszła. Blondyn długi jeszcze czas spoglądał tępo w miejscu w którym zniknęła, omijając odpowiedź na pytanie co miała na myśli. Nagle poczuł dotyk na dłoniach. Zaskoczony spojrzał na nie i omal nie spadł z krzesła widząc że ręka która go dotyka należy do Arashi.
- Spokojnie, przecież nie gryzę. – mruknął Azjata uśmiechając się. – No nie patrz na mnie jakbyś ducha zobaczył. – fuknął. Save chwilę mu się przyglądał po czym przymknął oczy i położył się na skraju łóżka. Zastanawiał się dlaczego nie cieszy się z faktu że Arashi w końcu się obudził. Przecież to znaczyło że już niedługo wróci do domu. Przez pierwsze kilka dni będą się kochać jak szaleni, a potem wszystko wróci do normy. Powinien się cieszyć z faktu że Arashi nie obudził się krzycząc po Japońsku, błagając by wypuszczono jego matkę, by zostawiono jego, że nie musiał przeżywać tej okropnej nocy raz jeszcze, że wszystko jest w porządku i że Azjata w końcu odzyskał spokój psychiczny.
- Arashi… - szepnął Save by po chwili poczuć ciepłą dłoń ukochanego głaszczącego jego złote loki. – Arashi, tak się martwiłem. – mruknął.
- Przepraszam, to już ostatni raz obiecuje. – mruknął ciepło. Save podniósł się i spojrzał na niego. Uśmiechnął się lekko.
- Obiecaj że nie zrobisz nic głupiego w najbliższym czasie. – poprosił nie wiadomo dlaczego.
- Nie mogę. – mruknął Arashi uśmiechając się niewinnie. – Widzisz skarbie, właśnie naszła mnie myśl żeby poprosić cię o to żebyśmy się tu kochali. – wyjaśnił.
- Arashi no co ty. – fuknął na niego Save. – To szpital, tu się nie robi takich rzeczy. – dodał starając się być oburzonym i ukryć fakt jak bardzo podnieciła go ta myśl. Sam nie wiedział czemu. Normalnie czuł by się oburzony, a myśl o seksie publicznie, czy w miejscu gdzie w każdej chwili ktoś mógł ich nakryć wywoływała w nim wstręt.
- A niby czemu nie? – zapytał Arashi. – Łóżko dobre jak każde inne. Zróbmy to zanim skończą się godziny odwiedzin. – dodał patrząc na niego tymi swoimi zielonymi, roziskrzonymi jak dwa szmaragdy oczami.
- Dobrze. – powiedział Save a Arashi wyraźnie drgnął nie spodziewając się takie odpowiedzi. – Ale nie dziś. Bo właściwie godziny odwiedzin już się kończą. – dodał uśmiechając się ciepło. – Zawołam Okamiego, powinien mieć dziś nocny dyżur więc będziesz w dobrych rękach. I przy okazji poproszę go żeby załatwił nam tu chwilę spokoju. Nie chcemy przecież żeby przybiegły tu przestraszone pielęgniarki jak tylko skoczy ci tętno na mój widok. – stwierdził uśmiechając się.
- Skarbie… chyba jesteś przemęczony. Jak długo tu siedzisz? – zapytał Azjata przyglądając mu się podejrzliwie.
- Dość długo by stęsknić się za tobą. – odrzekł Save uśmiechając się ciepło. Rozmawiali jeszcze jakieś pół godziny o rzeczach zupełnie nie istotnych po czym Save zostawił Arashi samego w jego sali. Odnalazł Okami i powiedział mu o Arashi, przedstawiając na koniec swoją prośbę. Powiedzenie tego przyszło mu dziwnie łatwo, jakby prosił go o najzwyklejszą, normalną przysługę, jak podlewanie kwiatków pod czas urlopu, czy pożyczenie szklanki cukru do sąsiadki.

Save wyszedł z kąpieli i zabrał się za nacieranie ciała wonnym balsamem. Gdy skończył rozczesał włosy i spojrzał w lustro. Choć tak bardzo się starał wyglądał marnie. Westchnął spuszczając wzrok. Czuł się dziwnie. Okropny niepokój świdrował go w brzuchu jak złośliwy tasiemiec. Denerwowało go to tym bardziej że właściwie wszystko było już w porządku. Lada dzień Arashi wyjdzie ze szpitala i znów będą spędzać razem każdą wolną chwilę. Save znów spojrzał w lustro wzdychając. W zasadzie po co stroił się jak dziewica na pierwszą randkę? Co prawda dawno się z Arashi nie umawiał na seks, bo zawsze wychodziło to spontanicznie, ale czy naprawdę musiał się stroić z tej okazji. Dobrze wiedział że Arashi był by zachwycony nawet gdyby przyszedł do niego w worku…
- Boże, jaki ja głupi jestem. – skarcił się Save po czym dokończył się szykować przed wieczornym spotkaniem z ukochanym.
Gdy znalazł się w szpitalnej sali ,Arashi spał. Save uśmiechnął się lekko zamykając za sobą drzwi i zastawiając je na wszelki wypadek krzesłem. Spojrzał na Azjatę i poczuł przyjemny dreszcz podniecenia na myśl o tym co mają zamiar tutaj robić. Zdjął marynarkę i poluźniając krawat podszedł do łóżka nie przestając patrzeć na Arashi. Po chwili pochylił się i delikatnie go pocałował. Gdy poczuł odwzajemniony pocałunek podniósł się.
- Mmmm… skarbie, jak ja lubię jak budzisz mnie w ten sposób. – mruknął Azjata ziewając i przecierając oczy. Po chwili wyciągnął się i spojrzał dość zaskoczony na Save rozpinającego koszulę. – Skarbie?
- Nie mów że zapomniałeś o co mnie wczoraj prosiłeś, świntuchu jeden. – Save uśmiechnął się niegrzecznie po czym zdjął koszule i odwiesił ją na wieszak przy drzwiach. – Podejrzewam że pod kołderką jesteś taki jak cię Pan Bóg stworzył, więc pozostaje tylko kwestia rozebrania mnie. – dodał patrząc z rozbawieniem jak oczy Arashi robią się coraz większe.
- Myślałem że żartujesz… - przerwał gdy Save pochylił się i zajął mu usta pocałunkiem.
- Wiesz Arashi, jest takie powiedzenie „z jakim przestajesz takim się stajesz”. Najwyraźniej twoje dziwne fantazje erotyczne udzieliły się i mnie. I chętnie spróbuję seksu z tobą w… miejscu takim jak to.
- Kim jesteś i co zrobiłeś z moim skarbem? – zapytał z rozbawieniem Azjata.
- Oj, przestań już się nabijać tylko się odwróć. – fuknął na niego blondyn.
- No, teraz, to ja cię poznaje. – stwierdził Arashi odwracając głowę w drugą stronę. Save trochę nie pewnie zdjął spodnie i bieliznę, po chwili przygasił światło i wyłączył alarm w aparaturze kontrolującej funkcje życiowe Arashi. Biorąc kilka głębokich oddechów, po woli zsunął z Azjaty kołdrę, po czym wszedł na łóżko i usiadł ukochanemu na biodrach.
- Skarbie… - mruknął Azjata patrząc na niego w półmroku. – Jesteś taki…
- Nie. – Save podniósł się kładąca mu palec na ustach. – Nic już nie mów. – szepnął pochylając się i opierając czoło o jego czoło. Po chwili otarł się policzkiem o jego policzek, a jego palec, który wciąż spoczywał na wargach Arashi, delikatnie przesunął się po nich, jakby badając ich miękkość. Dłoń powędrowała dalej po linii szczęki, szyi i ramieniu, by spleść się ciemniejszą dłonią Arashi. Następnie delikatny pocałunek sprawił, że mięśnie pod ciemną skórą drgnęły, oczy przymknęły się, a z gardła wydobył cichy pomruk zadowolenia. Po chwili usta Save ruszyły w wędrówkę po ciele Arashi, po woli, nie spiesząc się, zaczynając od szyi i uszu. Dłoń, w której ściskał jego rękę, podniosła się, po czym nakierowała dłoń Arashi na pas Save. Po chwili druga ręka Azjaty uniosła się, obejmując blondyna z drugiej strony i pieszcząc jasną skórę. Opuszki palców ślizgały się po plecach muskając ciało z największą delikatnością. Arashi podniósł się na łokciach ocierając się o ciało kochanka i całując je delikatnie, z tęsknotą. Jego dłonie gładziły szczupłe ciało Save jakby to było coś najcenniejszego na świecie. Po chwili opadł na poduszkę z cichym jękiem, gdy usta Save objęły jego sutek, trącając go językiem. Spojrzał na pochyloną nad nim sylwetkę, napotykając spojrzenie niebieskich oczu. Po chwili zobaczył własne dłonie, które unoszą się, gładząc szczupłą, pociągłą twarz i delikatnie przyciągają ją. Po chwili poczuł miękkość ust Save, jego ciepły oddech gdy po omacku zaczęli szukać swych warg, by połączyć się na chwilę w namiętnym pocałunku. W ciemności przepełnionej ogniem ciał Arashi poczuł gorącą skórę Save, gdy blondyn położył się na jego piersi. Pulsujące gorąco rozlało się od podbrzusza w górę, gdy poczuł równie gorącą co twardą męskość Save ocierającą się o jego ciało. Poruszył delikatnie biodrami, nie przestając go całować i pieścić dłońmi. Dotykając delikatnej, gładkiej skóry, masując ją, gładząc, badając każde zagłębienie mięśni, każdą fałdkę, każdą komórkę. Save także się poruszył. Westchnął, po czym podniósł się znów siadając Arashi okrakiem na biodrach. Oddychał ciężko, przecierając zaczerwienioną twarz dłonią, patrząc na Arashi z diabelnym uśmieszkiem, błąkającym się w kącikach ust. Po chwili wyciągnął rękę, gładząc pierś Azjaty, wodząc palcami wokół najwrażliwszych miejsc i patrząc mu bezczelnie w oczy. Nagle Arashi złapał gładzącą go rękę za nadgarstek. Uniósł ją do ust i pocałował. Po chwili on sam podniósł się, zamykając pas Save w objęciach jednej ręki, drugą przeczesując jego jasne loki i zmuszając go by odchylił głowę w tył. Potarł czubkiem nosa obnażoną szyję, po czym delikatnie całując ją i pieszcząc pochylił się jeszcze bardziej w przód wyginając ciało kochanka w lekki łuk. Skradając ze skór delikatne pocałunki wyginał go coraz bardziej i bardziej... aż Save jęknął z rozkoszy. Usta Arashi wędrowały po jego piersi, uzupełniane przez zalotny tanieć języka, który nieco studził rozgrzaną skórę. Dłonie Save, drżąc lekko, podniosły się, wplatając palcami w czarne włosy Azjaty. Save po raz kolejny jęknął z rozkoszy, gdy Arashi dotarł do wrażliwego miejsca.
- Arashi, połóż się. – mruknął na granicy słyszalności.
- Skarbie… - zaczął Azjata lecz nów został uciszony palcem na ustach.
- Nic nie mów, po prostu się połóż. – szarpnął Save, odgarniając czarny kosmyk z twarz ukochanego, pochylając się i całując go w czoło. Arashi po woli opadł znów na łóżko, czując jak dłonie Save znów zaczynają go pieścić. Jak, przesuwając się po skórze wprawiając ją w niecierpliwe drżenie. Jak blondyn pochyla się nad nim, łaskocząc go skręconymi kosmykami i pieszcząc oddechem, zmieszanym z delikatnością pocałunków i gibkością języka. Z ust Arashi znów wydobył się cichy jęk, gdy usta Save minęły linię sutków znajdując się na końcu mostka, zaś dłonie wciąż wędrowały niżej wyprzedzając ciepły oddech i pocałunki. Ręce Save błądziły już po jego biodrach i podbrzuszu, zachodząc co rusz na uda ich górną i zewnętrzną stronę. Jęknął po raz kolejny gdy dłoń Save przesunął się po jego wyprostowanej męskości, ocierając się o nią niby przypadkiem. Potem drugi i trzeci, aż w końcu zastąpiły ją delikatne wargi, muskające ją niczym dotykiem płatków kwiatów. Arashi poruszył się niecierpliwie, czując oddech Save co rusz pieszczący go w najwrażliwszym miejscu. Po chwili zacisnął dłonie na prześcieradle czując jak usta blondyna obejmując jego naprężoną męskości delikatnie ssąc. Ciało Azjaty spięło się, lekko wyginając się w łuk, a jego dłoń bezwiednie podniosła się wplatając w jasne włosy kochanka. Gładząc je w dłoni, rozkoszując ich miękkością czuł z narastającym podnieceniem jak głowa Save porusza się w dół i w górę, a obejmujące go usta sprawiając że rozkosz staje się niemal nie znośna.
- Skar… bie… - jęknął Arashi wyginając się i wijąc w ekstazie. Nagle Save podniósł się na chwilę pozostawiając Azjatę jak jeden przyspieszony, niespełniony oddech, pełen tęsknoty za dotykiem. Blondyn przesunął się do przodu unosząc się nad nim lekko. Po chwili rozluźniając napięte z podniecania mięśnie opuścił po woli biodra, przymykając oczy i wzdychając cicho.
Arashi jęknął głośno, kładąc dłonie na biodrach Save i gładząc je lekko. Czekał. Czekał aż Save da mu sygnał do kontynuacji, sygnał że odpoczynek skończony, można znów przystąpić do gry zmysłów, ekstazy i rozkoszy obcowania ciała z ciałem. Save jęknął po czym wypowiedział jego imię jak święte słowo przeciągając palcami po rękach azjaty. Chwile gładziły zewnętrzną cześć jego dłoni po czym ujął je i przeniósł między swoje uda, jasno dają mu do zrozumienia czego od nich tam oczekuje. Jęknął kolejny raz podnosząc się lekko, po czym znów opadając z cichym westchnieniem. Biodra Arashi także zaczęły się poruszać, wychodząc naprzeciw ruchom Save. W ich rytm poruszając dłonią oplecioną na jego męskości. I ruchy po woli przyspieszały, stawały się coraz bardziej gwałtowne, a z ust co rusz padał jęk lub westchnienie rozkoszy. Pot obficie perlił się na obu ciałach, które będąc teraz połączone, kontrastowały ze sobą tak bardzo odcieniem rozpalonej skóry. Wśród ciemności spojrzenia zielonych i niebieskich oczu spotykały się na ułamki sekund nim nie zniknęły za zaciśniętymi powiekami, gdy spomiędzy warg spływały kolejne coraz głośniejsze westchnienia. Nagle Arashi jęknął głośno wyginając się w mocny łuk… Save także jęknął, nieco ciszej, czując jak jego mięśnie napinają się do granic możliwości jak ciepło spełnienia rozlewa się po jego ciele.
Arashi opadł bezwładnie na łóżko, chwilę później na jego pierś opadł Save. Obaj dyszeli ciężko, chwytając każdy oddech łapczywie i ocierając się o siebie resztką sił. Save słuchał przyspieszonego bicia serca w piersi na której leżał, opadły z sił, czując jak rozkosz wciąż krąży w jego ciele. Czując ciepłe, lekko wilgotne dłonie Arashi okrywające go kołdrą i pieszczące plecy, zamruczał z zadowoleniem, zamykając oczy. Sam nie wiedział kiedy zasnął. Obudził się jakiś czas później. Za oknem było jeszcze ciemno czyli nie przespał całej nocy w szpitalu. Chwilę leżał na piersi kochanka słuchając bicia jego serca i rozkoszując się bijącym od niego ciepłem. W końcu wstał. Pozbierał swoje rzeczy i przewieszając płaszcz przez ramię podszedł do śpiącego mężczyzny by delikatnie pocałować go na pożegnanie w czoło. Wyprostował się i już miał zamiar odejść gdy Arashi chwycił go za rękę.
- Skarbie, kocham cię. – mruknął Arashi patrząc dziwnie zaszklonym wzrokiem.
- Wiem Arashi. Powtarzasz mi to przy każdej okazji. – mruknął Save odgarniając czarny kosmyk z twarzy ukochanego.
- Skarbie… będę cię kochał zawsze. Bez względu na to gdzie będę. – dodał masując delikatnie jego rękę palcami.
- Arashi…? – zaczął Save nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć. Westchnął. – Arashi ja też będę cię zawsze kochał. Do zobaczenia po południu. – dodał po czym ostrożnie wysunął dłoń z jego ręki. Arashi uśmiechnął się blado. I odprowadził go wzrokiem. Blondyn wyszedł. Chwilę szedł przez korytarz gdy nagle minęła go grupa pielęgniarek i lekarzy. Dojrzał wśród nich Okami. Przez myśl przeszło mu że biegną do Arashi i przystanął. Ale przecież to nie możliwe. Przecież Arashi wyjdzie po południu, udadzą się pizzę albo inne nie zdrowie jedzenie na mieście, bo Arashi zawsze po pobycie w szpitalu jest wygłodniały… i wszystko wróci do normy. Skarcił się za myśl że mógł pomyśleć o tym że Arashi się pogorszyło…
Mimo to odwrócił się za grupą medyków… płaszcz wysunął się z jego rąk gdy blondyn dostrzegł gdzie wbiegają. To z pewnością była sala Arashi. Blondyn ruszył w tamtą stronę, chcąc za wszelką cenę wiedząc co się dzieje, lecz wtedy lekarze wypadli z sali, razem z łóżkiem i Azjatą na nim. Minęli zszokowanego blondyna.
- Save… myślałem że już wyszedłeś. – odezwał się obok niego głos Okami. Lekarz położył mu dłoń na ramieniu. – Zabieramy go na blok operacyjny. Spokojnie nie pozwolę mu umrzeć. Zbyt wiele zrobił dla mnie i Tory. Bądź dobrej myśli. Nie straciłem jeszcze żadnego pacjenta. – powiedział po czym pognał za współpracownikami.
Save stał dłuższą chwilę oniemiały i otępiały. W końcu wyciągnął telefon i wybrał numer Tory. Odpowiedział mu zaspany głos rudowłosej.
- Jestem w szpitalu, możesz tu przyjechać, proszę. – jęknął do słuchawki po czym się rozłączył. Po półgodzinie która wydała mu się wiecznością Tora zjawiła się z braćmi i Kaze. Chwile zajęło im odnalezienie skulonej w kącie, przy automacie z gorącymi napojami sylwetki blondyna z kubkiem zimnej kawy. Szybko znaleźli się przy nim, ale jakoś nikt nie miał odwagi zapytać co się stało. W końcu Tora się ruszyła.
- Save? Czemu prosiłeś żebym przyjechała? – zapytała. Save podniósł na nią spojrzenie zaczerwienionych oczu.
- Okami zabrał go na operację. Tora, powiedz że to coś da… - jęknął a jego oczy znów napełniły się łzami. Rudowłosa przytuliła go delikatnie do siebie.
- Spokojnie Save, wszystko będzie dobrze. – mruknęła.
- Tora… boję się… nie chcę go stracić. – jęknął ponowienie. Tora pogłaskała go po jasnych lokach. Czekali nic już nie mówiąc.

Za oknami po woli jaśniało. Neko spał zwinięty w kłębek na jednym z foteli. Kaze leżała z głową na kolanach Nuriko, a Tora krążyła po całej poczekalni. Save zaś nie zmiennie siedział w swoim kącie z kubkiem nie dopitej, zimnej kawy.
- Okami… - usłyszał tylko przepełniony nadzieję głos Tory. Podniósł wzrok, zobaczył jak Okami przytula swoją rudowłosą żonę, coś jej szepcząc. Jej ramiona zatrzęsły się jakby nagle wybuchła płaczem. Save chwilę przyglądał się tej scenie. Wszystko zaczęło dziać się jak w zwolnionym tempie. Neko obudził się słysząc płacz siostry, Nuriko i Kaze wstali atakując młodego, zmęczonego lekarza serią pytań. Save wiedział co to znaczy. Ale nie chciał tego przed sobą przyznać. Nie słyszał już co się działo wokół niego. Tak naprawdę nie było to ważne. Nic nie było już ważne. Po woli, przez nikogo nie zauważony wyszedł ze szpitala. Smętnie powlekł się przed siebie, nie dbając o to co się z nim stanie. Szedł, a każde mijane miejsce, każda uliczka przypominał mu jak chadzał tedy z Arashi, jak się razem wygłupiali, lub wyznawali sobie miłość w cieniu budynków.
Save jęknął opierając się rękoma o jakąś brudną ścianę. Przeklinał siebie przełykając gorzkie łzy. Przecież Arashi nie umarł. Nie on! Przecież miał być z nim na zawsze. Wiecznie kochać się i wspierać. W końcu blondyn opadł na kolana i zatrząsł się w bezsilnym, suchym szlochu. Nie był pewny co się działo dalej. Ale ktoś, z pewnością ktoś zaufany podniósł go stamtąd. Save nie widział jak znalazł się w domu, w sypialni ani jak i kiedy znów zasnął.
Rankiem, a raczej wczesnym popołudniem koszmar okazał się być rzeczywistością. Mimo to Save nie dopuszczał do siebie myśli że nigdy więcej nie zobaczy swojego ukochanego. Media aż huczały od wieści o śmierci ikony seksu, znanego modela i tancerza. Save na wszelki wypadek nie słuchał radia, nie oglądał telewizji i nie kupował prasy. Właśnie to nawet nie wychodził z domu. Jedzenie zamawiał przez telefon płacą przez Internet lub gdy się dało, kartą…
Słuchał muzyki klasycznej, czytał książki, nie odbierał telefonu i udawał że świat nie istnie. Jednak świat brutalnie przypomniał mu o swoim istnieniu gdy dwa dni od wydarzeń w szpitalu w jego mieszkaniu zjawiła się Tora. Miała klucz więc weszła jak burza…
- Save! Do jasnej cholery dałbyś jakiś znak życia! – wrzasnęła wpadając do sypialni gdzie się zaszył. – Jak długo zamierzasz tu jeszcze siedzieć i udawać że nigdy się nie poznaliście. Wstawaj i zakładaj garnitur. Czarny! – wrzasnęła na niego tak że przez chwilę zapomniał czemu był tak załamany i grzecznie wykonał wszystko co mu poleciła. Po chwili stanął przed nią odświeżony i wystrojony. Gdy Tora na niego spojrzała w jej oczach dostrzegł coś czego nie widział nigdy wcześniej. Smutek, głęboki jak otchłań.
- Tora, czemu właściwie kazałaś mi się w to ubrać? – zapytał trochę zaskoczony.
- Idioto! Jeszcze się pytasz… idziemy. – powiedziała smętnie, łapiąc go za rękę i wyciągając z mieszkania. Na zewnątrz czekał na nich samochód. W nim komplet rodziny: Neko, Nuriko i Okami za kierownicą. Wszyscy odstawieni jak stróż w Boże Ciało. Zastanawiał się co może chodzić, ale nie pytając o nic pozwolił posadzić się obok braci. Samochód ruszył i jechali dłuższy czas przez zakorkowane jak zwykle miasto. Panowało ponure, ciężkie milczenie.
Save zrozumiał dokąd i w jakim celu jadą dopiero gdy dojrzał za oknem miejski cmentarz. Jęknął cicho gdy zaatakowały go nie chciane wspomnienia, wlewając mu się przed oczy jak fala tsunami i niszczą wszystko. Całą równowagę psychiczną jaką wytworzył sobie w ciągu tych kilkudziesięciu godzin.
- Tora, dlaczego…? – zapytał tylko głosem skazańca.
- On by tego chciał. – mruknęła w odpowiedzi. Save czuł jak powoli gorycz po starcie Arashi przytłacza go ponownie. Jak po woli napełnia jego ciało nie naturalnym bólem, zamieniając się w łzy gromadzące się w kącikach oczku. Spróbował to przełknąć, zdusić w sobie uczucie pustki. Odkąd poznał Arashi wszystko się zmieniło. Azjata był dla niego jak powietrze, silniejszy niż jakikolwiek narkotyk. Wypełniał swoją osobą cały dom roztaczając radosną aurę i dodając chęci do pracy, życia, do wszystkiego. I teraz go zabrakło…
Save był zaskoczony tym jaki tłum zebrał się by pożegnać Arashi. Były to głownie kobiety. Większość czatowała na zewnątrz kapliczki, robiąc im przejście natychmiast jak tylko się pojawili. Mijając ten tłum Save widział znajome twarz, które pojawiały się co jakiś czas w życiu Arashi z mniejszą lub większą częstotliwością i o różnym dla niego znaczeniu uczuciowym. Barmani i barmanki z Illusion, Kata jego pierwsza szefowa, Lord z dziewczyną – przyjaciel Arashi z dzieciństwa, Nikci – już dojrzały mężczyzna który swojego czasu starał się o względy Arashi i pomagał mu podbić serce Save – dziś bezwstydzie szlochający w chusteczkę i ramię jakiegoś innego mężczyzny. Uki dołączyła do Neko w kaplicy płacząc jak bóbr i przytulając się do swojego nie mniej zapłakanego chłopaka. Było także kilka osób o których Arashi z pewnością nigdy nie wspomniał Save. Na przykład Misza, który pracując z nim kiedyś w restauracji przyczepił się jak rzep psiego ogona i nie chciał dać mu spokoju do póki Kaze nie zrobiła z nim porządku. Dopiero w kaplicy Save zrozumiał że to waśnie córki mafiosa mu brakuje w całym tym tłumie. Doskonale ją rozumiał. Sam najchętniej poszedł by stąd precz.
Nagle znalazł się naprzeciw trumny i zamarł jak zaklęty. Stał patrząc na twarz Azjaty. Tak spokojną, szczęśliwą i odprężoną. Zupełnie jak w chwili gdy się rozstawali… z resztkami zadowolonego, niegrzecznego uśmieszku błąkającego się w kącikach ust. Save patrzył na niego nie wierząc że to koniec. Miał wrażenie że Arashi za chwilę się obudzi, podejdzie i przytuli go czule. Często widywał go śpiącego z takim wyrazem twarzy. Zawsze po tym jak robili coś nieprzyzwoitego. Save uśmiechnął się lekko, po czym nie wytrzymał i rozpłakał. Podszedł po woli do nieruchomego ciała mężczyzny, czując jak łzy spływają mu po policzkach. Delikatnie pogładził śniady policzek i zawiedziony poczuł jaki jest zimny. Nagle znalazł się pół metra niżej czując jak coś go dławi w gardle i jak strugi wody spływają mu po twarzy mocząc koszulę. Nie był pewien tego co się działo potem… ale widok oddalającej się trumny z Arashi utkwił mu głęboko w pamięci i uzmysłowił co się stało. Arashi odszedł na zawsze.
Odzyskał pełnie zmysłów siedząc pod drzewem za kaplicą. Ktoś przy nim klęczał ocierając twarz. Save podniósł wzrok. Chwilę musiał się zastanowić nim poznał dziewczynę.
- Sora… myślałem że nie przyjdziesz. – mruknął.
- To samo mogę powiedzieć o tobie. – stwierdziła. – Nie powinieneś tu przychodzić, za bardzo histeryzujesz. – stwierdziła chłodno.
- Kocham go… - sprzeciwił się Save jakby to wszystko wyjaśniało. – Chciałem się przy nim zestarzeć. To chore, ale mimo wszystko…
- To piękne, ale od początku wiedziałeś jak to się skończy. Nie rycz jak dziewica przy porodzie to mu nie pomoże. – fuknęła.
- Jesteś taka zimna. Byliście przecież przyjaciółmi. – jęknął blondyn odwracając spojrzenie.
- Byliśmy. Dlatego wiem że Arashi nie chciał by przelewano tyle łez z jego powodu. Chociaż ty to uszanuj.
- Mam się cieszyć! On… on… - Save nie był w stanie skończyć. Ukrył twarz w dłoniach. – Nie wierze że to się dzieje naprawdę. Niech ten koszmar się wreszcie skończy. – jęknął. Sora nie odpowiedziała. Czekała aż Save się uspokoi. – Powiedz czy to prawda?
- Co takiego? – zapytała spoglądając w niebieskie oczy.
- To co mówił zawsze Arashi. On w to naprawdę wierzył. O duszach. Mam szanse jeszcze go spotkać? – spojrzał na nią z nadzieją.
- W tym wcieleniu, nie. Ale w następnym znów spotkamy się wszyscy. Zawsze tak było. – Sora uśmiechnęła się ciepło. – Właśnie dlatego nigdy nie baliśmy się śmierci. Wiemy że znów się odrodzimy i spotkamy tę samą paczkę znajomych. – Po jej policzkach popłynęły łzy. – Ale mimo to… to boli. – westchnęła.


Save stał patrząc jak trumna po woli opada w dół. Z nie wiadomych przyczyn po rozmowie z Sorą jakoś mu ulżyło. Choć miał świadomość że to koniec, że już nie zobaczy Arashi… a może po prostu skończyły mu się łzy. Cały czas przecież czuł ścisk w sercu, jakby ktoś zacisną na nim dłoń. Najchętniej położył by się tam z nim. Ale na to nikt mu nie pozwoli. Obok niego dzielna do tej pory Tora jęknęła i zaczęła płakać. Save spojrzał na nią w chwili gdy jej mąż przytulił ją do piersi. Save poczuł jak łzy same zaczynają płynąc mu po twarzy. Nagle ktoś chwycił go za rękę. Nie musiał patrzeć by wiedzieć że to Sora. Dziewczyna otarła twarz rękawem białej sukienki… białej. Arashi kiedyś mówił mu że biel to kolor żałoby w Japonii. Sora pewnie chciała uczcić tym jego Japońską połowę. Ludzie dziwnie się na nią patrzyli, kilkoro wytykało palcami, ale Sora wyglądała ślicznie. Zapewne tak jakby Arashi chciał ją ostatni raz zobaczyć. Przez chwilę zastanawiał się jak Azjata chciałby widzieć jego… ale… Przecież ich ostanie spotkanie odbyło się w szpitalu, gdy nadzy, połączeni ciało z ciałem wyznawali sobie miłość słowem i uczynkiem wśród przyspieszonych oddechów, delikatnych pieszczot i namiętnych pocałunków. Blondyn zarumienił się lekko przypominając sobie tę chwilę. Niemal widział roześmiane oblicze Arashi który widzi go w tej sytuacji. Dlaczego pomyślał o tym akurat teraz. Dlaczego zamiast zakończyć tę sprośną wizję na chwili w szpitalu, zaczął przypominać sobie wszystkie takie sytuacje odkąd się poznali. To jak Arashi się zalecał, jak go dotykał nie pewnie, gdy jeszcze Save potrzebował dużej ilości alkoholu by móc go choćby pocałować. Potem zdecydowali się zamieszkać razem i wszystko potoczyło się niczym lawina. Wspomnienie rozkoszy i dziwacznych pomysłów Arashi sprawiły że blondyn na chwilę zapomniał gdzie i dlaczego jest…

***

Następnego dnia po pogrzebie Save poszedł do pracy. Wiedział że jak znów zaszyje się w domu to z niego nie wyjdzie. Wiedział że pomimo osobistej tragedii musi żyć dalej i nie zachowywać się jakby był pępkiem świata. Z resztą w domu i tak wszystko przypominało mu Azjatę. Kuchenka przy której gotował, fotel na którym siadał, kubek z którego pił, sofa na której razem kładli się oglądając filmy, albo czytając książki i łóżko, które teraz Save wydało się takie wielkie i puste, po za tym strasznie zimne.
- Pan Lind… ale przecież nie byliśmy umówieni… - zdziwił się widząc czekającego na niego mafiosa. Zimne oczy spojrzały na niego nie pewnie.
- Przepraszam. Ale ze mną dzieje się coś nie dobrego. Pamięta pan Vera, tego chorego zboczeńca który mnie… - Save przytaknął głową na znak że pamięta i że pacjent nie musi opowiadać tego wszystkiego od początku. – Miałem wrażenie że go widzę. Byliśmy z Jime w jego mieszkania… pomijając fakt że kazał mi spać w łóżku tego palanta było bardzo miło, aż nie obudziłem się w nocy i nie zobaczyłem jak nade mną stoi… uśmiechał się tak, tak lubieżnie.
- Panie Lind. – zaczął spokojnie Save podnosząc czekającą już na niego filiżankę kawy do ust i upijając łyk. – Jest pan dorosłym mężczyzną, poważnym… biznesmanem i wierzy pan że zmarły dawno temu wokalista mógł pana odwiedzić?
- Ale to nie był normalny Ver! – przerwał mu Kristo. – On… on miał skrzydła, takie nietoperzowe, czarne… był okropny. – jęknął. – Czy ja wariuje panie doktorze? – zapytał.
- Ależ nie. Panie Lind. – zaczął Save spokojnie podejmując decyzję. – Po porostu przyśnił się panu okropny, realistyczny koszmar. Jest pan całkowicie normalnym i zdrowym człowiekiem. Właściwie ja nie mam już co do roboty jeśli chodzi o pana.
- Ale on nadal mnie prześladuje.
- Panie Lind, naprawdę nie widzi pan swojego postępu. Przecież normalnie starał by się pan znaleźć jak najdalej tego Vera. On jest uosobieniem pana leków, czyż nie. Ale zamiast krzyczeć, uciekać i panikować pan spokojnie zniósł jego spojrzenie i co ważniejsze pozostał pan w miejscu które jednoznacznie kojarzy się panu z tym człowiekiem. Myślę że z resztą swoich problemów jest pan w stanie poradzić sobie sam. – wyjaśnił Save uśmiechając się. Mafiozo chwile mu się przyglądał. W końcu westchnął.
- Jest pan pewien? – zapytał jeszcze raz.
- Tak, ale gdyby coś pana niepokoiło oczywiście drzwi mojego gabinetu są dla pana zawsze otwarte. – dodał fachowym tonem Save. Kristo Ranadalf Lind chwilę jeszcze się zastanawiał.
- Jest jedno o co chciałbym pana zapytać panie Sarivald. – powiedział w końcu. Save pijać właśnie kawę spojrzał na niego w sposób dający do zrozumienia że zamienia się w słuch. – Czy pan się nigdy mnie nie bał? Wie pan przecież kim jestem. Kaze na pewno panu powiedziała. – Save odłożył filiżankę i zaplótł palce na blacie biurka nachylając się.
- Jestem lekarzem panie Lind. Nie obchodzi nie czy jest pani szefem mafii, prezydentem czy lumpem spod bloku. Przyszedł pan tu po pomoc bo nie radził sobie ze swoją przeszłością. Wiec ja udzieliłem panu tej pomocy. Mam nadzieję że czuje się pan usatysfakcjonowany.
- Tak. Dziękuje panu. – mruknął mafiozo. – Myślę że gdyby nie pan, nie potrafiłbym zrozumieć sygnałów, które daje mi Jime. – westchnął wstając. – Myślę jednak że to nie jest ostanie nasze spotkanie. – dodał wyciągając rękę.
- Z pewnością. – przytaknął Save również wyciągając rękę by podać ją mężczyźnie.
Tego samego dnia Save spisał testament…

Dni mijały a Save w ferworze pracy, słuchając o problemach swoich pacjentów zgubił rachubę kiedy właściwe jego ukochany go opuścił. Chadzał piechotą i dziwnie rozkojarzony dostrzegał pąki na gałęziach drzew, słyszał śpiew ptaków, a świat ludzi jakby omijał. Całym sobą odczuwał że nadchodziła wiosna. Śnieg stopniał już jakiś czas temu. Wszystko zdawało się być takie naturalne. Jakby nic w jego życiu się nie zmieniło.
Cały świat zdawał się nie zauważać jednego brakującego elementu. Wszystko działo się jak od wieków w swym naturalnym porządku.
Minął miesiąc. Save wciąż zapracowany zorientował się że jest dwudziesty pierwszy marca dopiero gdy wracając z pracy przez park zastał go wypełnionego uciekinierami ze szkół. Nie wiedzieć czemu ten widok sprawił że wszedł do sklepu i kupił dobre wino.
Dzień był tak piękny że właściwie nie miał większej ochoty wracać do domu. Jednak wszystko ciągnęło go w stronę wieżowca w dobrej dzielnicy. Save czuł jak dłonie mu drżą. Zastanawiał się dlaczego. Spojrzał na trzymane w nich wino. Właściwie dlaczego je kupił. Nawet nie miał na nie ochoty. Westchnął wychodząc z windy. Z niecierpliwym oczekiwaniem w sercu otworzył drzwi i wszedł cicho do mieszkania. Zdjął buty, płaszcz i ruszył do kuchni.
- Arashi, kupiłem… - zamarł widząc kuchnie pustą. Wtedy znów zalała go fala wspomnień. Dwudziesty pierwszy marca dzień w którym obchodzili swoją rocznicę. Dzień w którym po raz pierwszy się kochali. Miesiąc po urodzinach Arashi. Miesiąc od śmierci Arashi. Save oparł się o ścianę za nim i jęknął zasłaniając twarz dłonią.
- Arashi… - westchnął do pustych ścian, które jeszcze rok temu były pełne zapachu spaghetti i dobrego wina, pełne szeptów, zmysłowych westchnień i ich wzajemnej miłości.
W końcu Save opanował się. Mimo że jego życie znów stało się koszmarem nie zamierzał się mu poddawać. Kupił wino by uczcić to że spotkał i pokochał Arashi, wiec z nim wypije to wino. Słyszał o jednym takim zwyczaju z zamierzchłych czasów, gdzie…
Save znalazł się na ulicy. Ściskając butelkę w ręce szedł przed siebie, nogi same niosły go w odpowiednim kierunku.
Gdy stał na światłach jakiś samochód zatrzymał się tuż przed nim. Okno uchyliło się.
- Panie Sarivald, może podwieźć? – zapytał dobrze mu znany głos Linda. Save spojrzał na niego trochę chłodno. – Dokąd się pan wybiera.
- Na cmentarz. – odrzekł krótko.
- Z butelką wina? – zapytał mafiozo uśmiechając się lekko. – Niech pan wsiada, tak się składa że ja też tam jadę. – dodał. Save westchnął i w końcu skorzystał z zaproszenia. Mężczyzna zrobił mu miejsce biorą spory bukiet kwiatów na kolana.
- To na grób ojca? – zapytał ciekawie blondyn. Niebieskie oczy spojrzały na niego nieco chłodno, jak zawsze z resztą.
- Tak. – westchnął mężczyzna. – Wiem to głupie. Nienawidzę go, przyczyniłem się do jego śmierci i noszę mu kwiaty na grób. Jestem hipokrytą. – przyznał.
- Myślę że to wyraz pańskiej potrzeby akceptacji przez ojca. Ale nie jestem w pracy by o tym rozmyślać. – przyznał.
Dotarli w końcu na cmentarz. Save szedł pewnie jakby przemierzał tę drogę codziennie.
- Minął dopiero miesiąc. – zauważył w pewnym momencie Kristo gdy Save zatrzymał się przed świeżym, kamiennym nagrobkiem. Przykucnął odstawiając na bok wino i strząsają z płyty płatki wiśni.
- To aż miesiąc. On odmienił moje życie. Powonieniem przychodzić tu co dziennie i nie uciekać od rzeczywistości. – zauważył.
- Więc pan też ma problemy panie doktorze. Kiedy byłem mały myślałem że lekarze nie chorują a morderców nie da się zabić. – powiedział ponuro Kristo sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza. – Sam dowiodłem że to nie prawda, zabijając mojego ojca. – powiedział wyjmując z niej pistolet.
- Nie zabił go pan przecież. – zauważył Save cały czas ze spokojem obserwując jak kolejne płatki wiśni nieśmiało wsuwają się na nagrobek.
- Zabiłem wielu innych ludzi. A śmierć mojego ojca była pierwszą którą zaplanowałem. – wyznał mafiozo.
- Wierzy pan w reinkarnacje? – zapytał nagle Save, patrząc na wyryte w kamieniu czarne romańskie litery. – Arashi wierzył. Myślę że to by było wspaniałe móc spotkać go znowu. – stwierdził nagle.
- Wolałbym w to nie wierzyć. Gdybym miał spotkać wszystkich tych ludzi którzy zginęli albo cierpieli z mojego powodu… Wierzę że po mojej śmierci po prostu zjedzą mnie robaki. – powiedział dokładnie wymierzając.
- Ma pan okropne wyrzuty sumienia. Myślę że znajdzie się ktoś kto jednak mimo wszystko podziękuje panu za swoją śmierć. – powiedział uśmiechając się lekko. Kristo rozejrzał się dyskretnie. Cmentarz był zupełnie pusty.
- Z pewnością. – przyznał mafiozo naciskając spust. Save poczuł jakby coś nim szarpnęło i ukuło go w serce. Z okalających cmentarz drzew z wrzaskiem poderwało się stado wron. Na nagrobku z białego marmuru pojawiły się ciemnoczerwone krople. Save poczuł że spada. Spada wprost w ciemność. Bezwolnie i po woli. Nagle w tej ciemności dostrzegł podwójny błysk zieleni. Ciemność otoczyła go zamykając się nad nim z każdej strony, stał się ciepła i przyjazna.
- Arashi… - szepnął.
- Jestem tu skarbie… - Koszmar w którym zabrakło Arashi w końcu się skończył.


***

- To gdzie, teraz pójdziemy, Arashi?


Koniec.

sobota, 25 sierpnia 2018

Rozdział XXIX - Skandal

Wypada chyba przeprosić wszystkich fanów tej mojej powiastki, że każe im tak długo czekać na kolejne odcinki. Aż mi głupio jak spoglądam na kalendarz dodawania notek.
Tak więc przepraszam i życzę miłej lektury.
Oczywiście nie betowane, poza moją korektą.

________________________________________________________________________________


Save siedział w swoim prywatnym gabinecie przeglądając karty pacjentów. Nazwisko po ojcu pozwoliło mu na dość szybkie dorobienie się znaczącej kariery i sławy psychologa. Miał już własny klinikę, do której ciągnęło tylu ludzi, że był zmuszony zatrudnić dodatkowych lekarzy. Ale Tora… Tora też radziła sobie świetnie. Pracowała w przychodni państwowej, ale przynajmniej miała czas dla dziecka. Ona też zawsze miała dużo pracy, bo była najlepszym państwowym psychologiem.
Save westchnął przekładając kolejną teczkę bogatego pacjenta, który spóźniał się na umówioną wizytę. W końcu zniecierpliwiony Save podniósł słuchawkę telefonu wewnętrznego i wybrał numer do swojej sekretarki.
- Panno Evans proszę skontaktować się z panem Smitem i dowiedzieć dlaczego tak bardzo spóźnia się na spotkanie – powiedział chłodno, gdy tylko kobieta podniosła słuchawkę.
- Panie Sarivald. Właśnie do pana szłam. Pan Smit jest już czwartym pacjentem, który odwołał wizytę. Chyba wiem co jest tego przyczyną – powiedział po czym rozłączyła się.
Po chwili Save słyszał już stukot jej butów na obcasach. Długonoga, młoda sekretarka weszła do jego biura z dość nie pewną miną. Wyglądała tak jakby ktoś właśnie podważył jej światopogląd i chciał usłyszeć od Save słowa wyjaśnienia.
Była naprawdę niezwykłą dziewczyną. Właściwie to cud, że ktoś tak zdolny, rozsądny i błyskotliwy zechciał pracować z kimś takim jak Save. Gdyby nie jej organizacja cała klinika dawno by się rozpadła. Save po prostu nie miał głowy do prowadzenia akt, kart pacjentów, kalendarium. A ona była niezastąpiona. Zajmował się wszystkim.
Kiedyś Tora wyszła z teorią, że panna Evans podkochuje się w swym szefie skrycie i dlatego jest gotowa zrobić dla niego wszystko. Fakt, że ich stosunki były bardzo bliskie, ale Save nigdy by nie powiedział, że to od razu miłość. Owszem lubił ją, tolerował jako jedną z nielicznych kobiet w swoim bliskim otoczeniu, kilka razy nawet byli razem na jakimś przyjęciu towarzystwa psychologów, ale ich spotkania były zawsze czysto zawodowe. Save nigdy nie dawał jej żadnych złudzeń. Właściwie nigdy nie pomyślał by, że taka kobieta jak ona może być samotna. Choć to, że była nazywana panną o czymś jednak świadczyło. Ale żeby od razu miała się interesować właśnie nim. Zwłaszcza, że po woli zbliżał się do trzydziestki i jego atrakcyjność jako kandydata na męża wcale nie wrastała.
Z rozmyślań na ten temat wyrwało go jej ciche chrząknięcie. Save spojrzał na nią poprawiając okulary. Trzymała w rękach poranną gazetę.
- Panie Sarivald może ich pan podać do sądu za wypisywanie takich bzdur o panu – powiedziała drżącym głosem podgajać mu otwartą na odpowiednim artykule gazetę. Save wziął ją i przejrzał. Odszukał swoje nazwisko… trudno było nie znaleźć. Wielki napisać u góry strony obwieszczał, że syn sławnego adwokata równie sławny psycholog romansuje z podrzędnym striptizerem z klubu dla gejów. Save uniósł brew i zaczął czytać. Panna Evans patrzyła na niego przez cały czas nerwowo wyłamując palce. W końcu Save skończył i odłożył spokojnie gazetę na biurko.
- Panie Sarivald, pana ojciec był prawnikiem pewnie ma pan jakiś znajomych w tej branży. Jestem pewna, że mógłby pan wygrać sprawę o zniesławienie. Użyli tam pana nazwiska! Tak się nie godzi. Takie bzdury wypisywać o porządnym człowieku – wybuchła roztrzęsiona.
- Racja, powinienem to naprostować – odrzekł rozmasowując skronie i tylko drwiąco się uśmiechając.
- Panie Sarivald ja wszystko załatwię. Nie ujdzie im to oszczerstwo płazem – powiedziała z zapałem. – Znajdę najlepszego adwokata w mieście. To karygodne…
- Faktycznie. Arashi poczuł by się urażony czytając, że ze sobą romansujemy. Tydzień temu minęło osiem lat odkąd jesteśmy w stałym związku. Nie mówiąc już o tym, że on nie jest striptizerem. Nigdy się nie rozebrał na scenie, gdy pracuje jako model raczej też nie. A Illusion to naprawdę dobry i szanujący się klub – powiedział spokojnie zdejmując okulary. Młoda kobieta patrzyła na niego w nie małym szoku.
- Ale o czym pan mówi? – zapytała blada.
- O tym, że nie pozwolę obrażać w ten sposób Arashiego – powiedział wstając. Gdy spojrzał na nią znów uśmiechnął się, tym razem z dozą rozbawienia. – Panno Evans, nigdy nie zastanawiało pani dlaczego taki mężczyzna jak ja nigdy się nie ożenił? Ojciec próbował mnie do tego zmusić, ale nie wiedział, że już wtedy oczarował mnie wdzięk boga z Illusion. Powinna pani poznać Arashiego, on potrafi wprowadzić światło do życia każdego człowieka. I proszę mi tu nie płakać – powiedział podając jej chusteczkę. – Jest jeszcze dużo pracy. Proszę w moim imieniu odwołać wszystkie wizyty na dziś, jeśli jeszcze jakieś zostały. I proszę nie potwierdzać teorii mojej przyjaciółki, to by przyniosło pani tylko ujmę. Zasługuję pani na lepszego mężczyznę niż ja – powiedział obchodząc biurko i kładąc jej dłoń na ramieniu. – No już, proszę przestać bo zaraz wezmę panią na rozmowę jak rozklejonego pacjenta. A chciałbym już wychodzić.
- Ale… dokąd pan idzie? – zapytał ocierając oczy i rozmazując staranny makijaż.
- Muszę się z nim zobaczyć. Muszę to zrobić nim jego menadżer wpadnie w szał i jeszcze coś mu zrobi. Zasadniczo to nie jego wina, że się wydało. Osiem lat to i tak długo – westchnął. – Mogę panią zostawić samą i wierzyć, że nic pani nie będzie? – zapytał. Ona tylko nie pewnie skinęła głową. – Dobrze więc. Zrozumiem jeśli pani po tym odejdzie. Moja reputacja… z reszta to nie ważne. Ale mam nadzieję, że nie zostawi mnie pani samego tak znienacka – dodał lekkim tonem kierując się ku wyjściu z gabinetu.
- Panie Sarivald…! – jęknęła za nim tak, że ledwo ją dosłyszał. Odwrócił się z pytaniem w oczach trzymając już rękę na klamce. – Czy jest pan szczęśliwy? – zapytała już nie płacząc.
- Od ośmiu pięknych lat jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – powiedział, a błysk w jego oczach świadczył, że mówi całkiem szczerze. Panna Evans uśmiechnęła się ciepło.
- Wie pan… to prawda co się mówi. Szkoda takiego mężczyzny jak pan na homoseksualistę – stwierdziła z żalem. Save uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Nie poznała pani jeszcze Arashiego – rzucił po czym wyszedł. Przed kliniką złapał taksówkę, podał nazwę miejsca docelowego. Była tylko jedna osoba, którą chciał teraz zobaczyć i był jeden lokal, w którym mógł tę osobę znaleźć. Illusions.
W okolicach klubu taksówka zaczęła zwalniać zaś kierowca stał się jakby zdenerwowany. Jednak Save był w takim stanie, że raczej tego nie zauważył. Nie rzucił mu się w oczy nawet tłum kobiet, które z pewnością nie zachowywały się przyjaźnie. Gdy samochód wreszcie się zatrzymał Save myślał tylko o tym by przepchać się przez tą gawiedź i odnaleźć jak najszybciej Arashiego. Zapłacił, otworzył drzwi, zbaczał wysiadać, połowa jego była już po za samochodem, gdy trzy rzeczy stały się niemal jednocześnie.
Mignęła mu ruda czupryna Tory – tak przynajmniej sądził, ktoś – najprawdopodobniej nieznany mu mężczyzna - z dużą siłą wepchnął go ponownie do taksówki, po czym wcisnął się do środka. Usłyszał głos Kaze, w którym brakło zwykłej pewności siebie, a która chwaliła go za wyczucie czasu i sama władowała się na kolana tajemniczego mężczyzny. Po chwili taksówka znów ruszyła z piskiem opon. Oszołomiony Save siedział w kącie kanapy cichutko jak myszka jeszcze przez dobrą minutę.
Kaze w tym czasie zdążyła, nie bardzo się do tego rzecz jasna paląc, usadowić się na środku tylnego siedzenia.
- Na pamięć mego przeklętego ojca, Kaze, omal nas przez ciebie nie zlinczowali. To, że chcę odkupić klub nie znaczy że… - zaczął mężczyzna, który wepchnął Save do taksówki.
- To nie była moja wina. Skąd miałam wiedzieć, że jest tam tłum rozwrzeszczanych kobiet chcących wiedzieć czy to prawda – warknęła Chinka.
- Mówiłem ci o tym – warknął mężczyzna. Save przyjrzał mu. Z tego co już się nauczył o męskiej urodzie, ten był bardzo przystojny. Miał może jakieś dwadzieścia pięć lat, nie więcej. Pociągła twarz kończyła się trójkątnym podbródkiem, nad którym znajdowały się kształtne pełne wargi, o których z pewnością śniła nie jedna kobieta. Nos miał wąski i kształtny, policzki delikatne i szczupłe, mocno uwydatniające kości policzkowe, które tworzyły z podbródkiem niemal linię ciągłą i nadawały mu ten specyficzny kształt. Czarne włosy miał ścięte tuż przy uszach. Wyglądało to tak jakby nieco zaniedbał niedawną fryzurę na pazia. Dodawało mu to drapieżności. Rozgarnięta na boki grzywka opadał mu na niebieskie oczy, swym kształtem przywodzące na myśl oczy jakiegoś dzikiego, drapieżnego ptaka. Jednak to nie kształt był w nich najbardziej przerażający. Kolor w jakim były przywodził na myśl sople lodu, zaś sposób w jaki mężczyzna spoglądał na innych wcale nie ocieplał tego wrażenia.
- Mówiłeś o tłumie kobiet. To tu norma – warknęła Kaze pochylając się do przodu i jednocześnie zasłaniając Save widok na mężczyznę. Dopiero teraz blondyn dostrzegł, że był on ubrany w drogi garnitur.
- Jesteś nieodpowiedzialną smarkulą – stwierdził mężczyzna wzdychając i spoglądając w okno.
- Jestem straszna od ciebie, Kristo – warknęła Kaze oburzona. Save miał dość słuchania ich kłótni. Pochylił się do przodu i pociągnął rudowłosą osobę na przednim siedzeniu. Ku jego uldze okazała się to być faktycznie Tora, a nie jej młodszy brat, który od czasu, gdy jego kapeli zaczęło się powodzić zrobił się jeszcze bardziej dziwaczny niż wcześniej, a do tego zapuści włosy i wyglądał teraz zupełnie jak siostra.
- Tora, jechałem właśnie spotkać się z Arashim, powiesz mi co tu się dzieje? – zapytał.
- Save, czy ty gazet nie czytasz? – przeraziła się rudowłosa.
- Czytam, właśnie z tego powodu chciałem się z nim widzieć.
- Save to nie czas na robienie mu wyrzutów. To nie jego wina, że prasa się dowiedziała.
- Oczywiście, że nie jego. Chciałem się z nim po prostu zobaczyć. – powiedział spokojnie Save. – Gdzie on jest? – zapytał. Tora jednak milczała, była jeszcze zaskoczona jego poprzednią wypowiedzią. Prasa właśnie wydała największą jego tajemnicę, rujnując mu reputację i prawdopodobnie karierę, a on po prostu chciał się zobaczyć ze swoim kochankiem…
- No blądasku, w końcu zacząłeś się przyznawać do swojego kochasia?! – zaśmiała się Kaze, klepiąc Save po plecach z taką siłą, że przez chwilę nie był w stanie jej odpowiedzieć. Uznała to za tryumf i odpowiedź przytakującą.
- Więc to pan jest połowicznym sprawcą całego zamieszania w Illusion? – odezwał się mężczyzna. – Save Sarivald, tak? – uśmiechnął się lekko. – Kristo Randalf Lind – przedstawił się podając mu swoją wizytówkę wyciągniętą z wewnętrznej kieszeni marynarki. – Jest pan psychologiem?
- Zgadza się – mruknął Save przyjmując mały kartonik.
- To się świetnie składa. Od dłuższego czasu szukam kogoś takiego jak pan. Mógłbym prosić o pańską wizytówkę? – zapytał uprzejmie. Save spojrzał na niego jakby przerażony.
- Co ma pan na myśli?
- Save, nie rób takiej miny i po prostu mu ją daj. A jak przyjdzie na wizytę, nie zapomnij przekazać mi tego z czym ma problem – powiedział Kaze uśmiechając się wrednie.
- Wybacz, ale obowiązuje mnie tajemnica lekarska. I dla ciebie na pewno nie zrobię wyjątku – burknął Save sięgając także do wewnętrznej kieszeni marynarki i podając mężczyźnie swoją wizytówkę. – Więc, czy ktoś mi wreszcie odpowie gdzie jest Arashi? Chyba nie zostawiliście go w klubie na pastwę tych harpii? – zapytał patrząc groźnie na Kaze. Wiedział, że ona była by do tego zdolna. Chinka tylko wywróciła oczami i prychnęła pogardliwie opadając na oparcie kanapy.
- Arashi jest bezpieczny. Sora nie pozwoliła mu jechać do klubu. Chcieliśmy dzwonić też do ciebie, ale powiedziała, że zjawisz się w odpowiednim miejscu i czasie. I jak zawsze miała rację – wyjaśnia rudowłosa uśmiechając się. – Właśnie do nich jedziemy – dodał widząc, że Save pytanie ciśnie się na usta. – Proszę zatrzymać tam na sklepowym parkingu – zwróciła się do kierowcy, który wykręcił i po chwili zatrzymał pojazd.
- No to wysiadamy – zarządziła Tora. – Pomożecie mi zrobić zakupy – doda uśmiechając się jak to tylko ona potrafi. – Panie Lind, zostawiam panu taksówkę, miło było pana poznać. Życzę powiedzenia przy zakupie klubu i proszę mi obiecać, że nie da się pan jej zastraszyć pod czas negocjacji – posłała uśmiech ku mężczyźnie po czym wysiadła.
- Dobra ja też się pożegnam – zaczęła nagle Kaze. – Zakupy mnie nie bawią, a podejrzewam, że jestem ostatnią osobą, którą Arashi chciałby teraz widzieć – stwierdziła.
- Kaze, od kiedy cię interesuje to czego on chce? – zdziwiła się Tora. Save pomyślał dokładnie o tym samym.
- Od kiedy zaszłam w ciążę - odpowiedział Chinka znów uśmiechając się złośliwie.
- Ale chyba nie z nim?! – jęknął Save przerażony, gdy widok córki mafiosa przesłoniła mu odjeżdżająca taksówka. Kaze nie przestała się uśmiechać w ten swój paskudny wredny sposób.
- Chciałabym. Ale dzielnie stawia opór. Po za tym chyba mówił ci, że jest bezpłodny – odrzekła po czym odwróciła się i poszła w swoją stronę. Save odetchnął. Faktycznie, zapomniał o dolegliwości Arashi… która jakby nie patrzeć nie wpływała w żaden sposób na jego temperament i potencję.
- Oj Save, o czym myślisz? – usłyszał nagle głos Tory – Nie rumieniłeś się tak przy mnie od czasu gdy się poznaliśmy – zaśmiała się, gdy podniósł na nią pełne zażenowania spojrzenie. – Nic się nie zmieniałeś – stwierdziła wesoło rudowłosa. – To wspaniałe – dodała, po czym pociągnęła go do marketu.
Save nie miał pojęcia, że robienie zakupów, jest tak nudne i denerwujące. Uzupełnianiem zasobności ich lodówki zajmował się Arashi… Arashi także gotował, sprzątał i robił pranie. Save tylko chodził do pracy i wysłuchiwał narzekań innych ludzi, biorąc za to ciężkie pieniądze. Kilka razy pod czas ich długiego związku pytał czy Azjata nie życzył by sobie innego podziału obowiązków, ale to zawsze kończyło się w łóżku i zostawało po staremu.
Save oparł się na koszyku i westchnął. Jak Arashi może wytrzymywać coś takiego. On tu tylko asystował a już miał dość. Tora włożyła coś do koszyka.
- No już, zaraz kończymy. Idź zająć miejsce w kolejce, ja zaraz do ciebie przyjdę. - Blondyn odetchnął z ulgą i zrobił o co prosiła. Gdy odstali swoje w kolejce rudowłosa obładowała go torbami z zakupami i poprowadziła w stronę niewielkiego osiedla z przytulnymi domkami. Idąc za nią Save uświadomił sobie, że jeszcze nigdy od czasu jej ślubu z Okami i wyprowadzki z mieszkania Arashiego nie odwiedzał jej. Poczuł się jak ostatni drań. Mówił, że są przyjaciółmi, ale nawet jej nie wiedział gdzie i jak mieszka. Postanowił to zmienić. Zwłaszcza, że Arashi na pewno się ucieszy, że mają do kogo razem wyjść…
Save w ogóle zaczął sobie uświadamiać jak wygląda jego związek z Arashim. Save wraca z pracy i wszystko jest już gotowe. Dostaje ciepły obiadek, potem Arashi zmywa… jakoś czas zlatuje im do wieczora. Czasem przed snem się kochają, właściwie prawie zawsze. Ale ogólnie, mimo że mieszkają razem tak mało ze sobą rozmawiają. Czas to zmienić. Arashi zasługuje na więcej uwagi niż przytakujące lub przeczące pomruki zza książki. Choć fakt, że Arashi zawsze wie o czym Save myśli, na co ma ochotę, ale nie na odwrót. Save westchnął ciężko.
- Nie przejmuj się. Jest wiele osób, które nie czytają gazet albo nie zwracają uwagi – powiedział Tora uśmiechając się do niego ciepło. Save spojrzał na nią.
Stała na ganku szukając w torebce kluczy.
- Myślisz, że on jest ze mną szczęśliwy? – zapytał. Tora przerwał poszukiwania i spojrzała na niego zaskoczona. Po chwili jednak znów się uśmiechnęła.
- Oczywiście, że jest. W przeciwnym razie odszedł by. Arashi jeśli nie jest silnie związany z jakąś osobą po prostu nie utrzymuje z nią kontaktu – powiedziała.
- Myślisz, że może być bardziej szczęśliwy? – zapytał ponownie Save, gdy Tora znalazła klucze i zaczęła otwierać drzwi.
- Nie wiem. Ale jeśli chcesz mu sprawić radość sam musisz znaleźć sposób jak to zrobić. Jestem pewna, że doceni twoje starania i tak czy inaczej będzie w niebo wzięty. Znasz go przecież. – uśmiechnęła się wchodząc do środka i czekając aż Save także wejdzie. – Nie zdejmuj butów tylko zanieść to od razu do kuchni – powiedziała zamykają za nim drzwi. – Prosto i w prawo – dodała wyjaśnienie.
Save był coraz bardziej zniecierpliwiony. Chciał się zobaczyć z Arashim, a tu traktowano go jak pomoc domową. Nic jednak nie powiedział, nie chciał ranić Tory. Same pewnie też się mocno denerwowała tą sprawą z gazetami.
Na domiar złego Save nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić, gdy już odnalazł kuchnię i uwolnił po woli omdlewające ręce od ciężkich toreb z zakupami. Miał nadzieję, że Tora szybko przyjdzie i powie mu gdzie ma iść, albo co ma robić. I jak na zawołanie rudowłosa zjawiła się. Uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła rękę.
- Pokażę ci coś – mruknęła tajemniczo. Gdy Save podszedł wzięła go za rękę i zaczęła się skradać jak małe dziecko dzielące się z drugim swoją wielką, odkrytą dopiero co tajemnicą. Przeszli przez salon i podkradli się do drzwi ogrodowych. Tora wskazała za szybę. Tam na trawniku Arashi jak dobry starszy brat zabawiał swojego prawie dwuletniego imiennika.
- Jak oni słodko wyglądają – powiedziała rozczulona Tora. Save zgodził się z nią tylko przez grzeczność. Szczerze miał ochotę udusić dzieciaka, że tak spoufala się z jego Arashim. Nigdy nie lubił dzieci, a to że jakieś właśnie absorbowało całą uwagę Arashiego, wcale nie poprawiał ich stosunków. Nagle naprzeciw wymyślającego wciąż nowe zabawy Azjaty i jego rudej miniaturki coś się poruszyło. To była Sora, ze znudzeniem przyglądająca się jak jej przyjaciel z dzieciństwa niańczy dziecko. Po chwili dostrzegła podglądając Torę i Save u jej boku, odetchnęła z ulgą i dyskretnie przeniosła się do nich.
- Na boga Tora, ja nie wiem jak ty wytrzymujesz to na co dzień. Mnie głowa rozbolała po dwudziestu minutach. A on już tak od trzech godzin – westchnęła oglądając się na Arashiego i kręcą z niedowierzaniem głową.
- Sora, jak będziesz miała swoje, zmienisz zdanie – powiedział wesoło Tora.
- Broń mnie boże – syknęła Sora. – Wiesz co, mam propozycję. Ja przygotuję obiad, a ty trzymaj tego potwora z dale ode mnie. Jeśli jeszcze raz usłyszę „Dlaczego” chyba kogoś poćwiartuję – burknęła. Tora tylko uśmiechnęła się rozbawiona.
- Wiesz gdzie jest kuchnia? – odrzekł po czym otworzyła szeroko drzwi do ogrodu. – Arashi! – zawołała. Chłopcy przerwali zabawę i obaj na nią spojrzeli. Po chwili dało się słyszeć rozradowany, dziecięcy głosik rozpoznający mamę. Brzdąc spełzł z Azjaty i rzucił się w ramiona rudowłosej.
Przed Save nagle pojawiła się para zielonych oczu. Arashi chwilę przyglądał mu się jakby z obawą.
- Jak dobrze. Nie wściekasz się – mruknął, po czym pochwycił go i przytulił.
- Arashi, na boga, nie przy dziecku – jęknął Save nie wiedząc czy ma się wyrywać czy krzyczeć. Postanowił jednak pozostawić tę strefę działania wyłącznie ukochanemu.
- Skarbie, daj że spokój, on ma dwa lata jeszcze nie rozumie czym jest homofonia i dla niego to nic dziwnego, że dwoje ludzi się przytula. – stwierdził Arashi uśmiechając się psotnie. – Tak się o ciebie martwiłem – dodał.
- O mnie, czy moja reakcję na artykuł o nas? – zapytał Save w końcu podejmując decyzję i wyślizgując się z ramion Azjaty. Postanowił się z nim trochę podroczyć.
- Zastanawiałem się jak to przymniesz. Próbowałem dociec jak się wydało… pamiętasz jak w weekend odprowadziliśmy juniora i zrobiliśmy sobie mały spacer. Myślałem, że nikt nas nie widzi jak całowaliśmy się pod tym drzewem, ale cóż…
- No tak wiedziałem, że tak to się skończy – burknął Save zerkając kontem oka na bruneta. – Zawsze musisz zrobić coś nie tak.
- Ale, skarbie, to nie moja wina, przecież…
- Arashi, wszędzie łażą za tobą paparazzi, a tobie się zbiera na publiczne obściskiwanie. Powinieneś być bardziej przewidujący.
- Ale…
- I jak to teraz wszystko wygląda – ciągnął dalej oburzonym tonem Save. – uważają, że mamy romans. Narażasz na szwank moją reputację. Arashi wyobrażasz sobie jak się poczułem czytając, że mamy ROMANS? Wściekłem się. Widocznie nie dość ostentacyjnie pokazałeś im, że jesteśmy w stałym związku – zakończył wciąż czekając, zerkając na niego z zaciekawieniem. Arashi stał jak skarcone dziecko, jednak po ostatnim zdaniu uniósł wzrok nieco zaskoczony. Zamrugał powiekami trawiąc ostanie zdanie, po czym spojrzał na Save zaskoczony.
- Wściekłeś się po napisali romans zamiast związek? – zapytał chcąc się upewnić. Save parsknął śmiechem i spojrzał na niego z rozbawieniem. Azjata także się uśmiechnął, w bardzo niegrzeczny sposób. – Ale co ja miałem zrobić, zgwałcić cię pod tym drzewem? – zapytał żartobliwie. Save wzruszył ramionami.
- Nie zaszkodziło by. Przynajmniej mieli by dobry skandal do opisywania. A tak mają tanią sensację typu Bretney Spirs ogoliła głowę – prychnął Save, po czym nagle znalazł się w ramionach Arashiego, kręcąc się z nam jak na karuzeli. Azjata zawsze tak spontanicznie okazywał emocje, że Save bał się ,że któregoś dnia po porostu coś sobie zrobi, albo jemu coś zrobi…
- Skarbie, nie wierzyłem, że kiedykolwiek się do mnie przyznasz – oznajmił Arashi uspokajając się nieco i stawiając go w końcu na podłodze. – Ale wiesz, możemy nadrobić ten gwałt – mruknął ocierając się o jego policzek.
- Na boga Arashi, opanuj się, nie jesteśmy tu sami – jęknął Save próbując mu się wyrwać.
- Ale chciałeś skandal – zamruczał Arashi skubiąc ustami jego ucho.
- Arashi zlitowałbyś się nad swoimi przyjaciółmi – znów jęknął Save. – Nie możemy robić tego przy nich – stwierdził.
- Im to nie będzie przeszkadzać, po za tym Tora może nam użyczyć sypialni – Azjata nie dawał za wygraną.
- Na boga Arashi, nie będę tego robił w cudzym łóżku, to chore… - sprzeciwił się Save próbując się już panicznie wyrwać. Arashi nagle roześmiał się.
- Save, mówiłem ci już, że cię kocham? – zapytał obracając się z nim radośnie.
- Mówisz mi to co dziennie, zwłaszcza gdy szczytujesz – mruknął Save, gdy zakręciło mu się w głowie i musiał się mocniej chwycić ukochanego.
- Jakie wyznania. No ale tego można było się spodziewać po Arashim – dobiegł ich głos Sory. Save natychmiast spłoną rumieńcem. – Piękna z was para, jak Lucyfer i Gabriel. Teraz chodźcie mi pomóc w kuchni, raz bo się nie orientuje gdzie co jest, dwa że brakuje mi rąk – dodała.

- O boże, Arashi… - mruknął Save przytulony do piersi kochanka, z wypiekami na twarzy i lekka zadyszką. – Myślisz, że nie było zbyt głośno? – dodał speszony.
- Starałem się być cicho, ale ciebie wyjątkowo poniosło. Może podniecają cię bardziej cudze sypialnie? Możemy się zacząć wpraszać do innych – powiedział zadowolony z siebie brunet gładząc plecy ukochanego. Blondyn tylko zarumienił się i skulił mocniej. – Swoją drogą było cudownie. Muszę cię częściej wyrywać z domu – stwierdził. – Albo wywoływać skandal.
- Arashi, samo twoje przejście przez miasto wywołuje skandal. Więcej nie trzeba – mruknął zmęczony Save.
- Mam ochotę na jeszcze jedną rundę – wyznał Arashi przeciągając dłonią po plechach kochanka i zatrzymując się dopiero tam, gdzie tracą one swą szlachetną nazwę. Save spiął się, zwłaszcza w tamtych rejonach.
- A jeśli obudzimy Arashi juniora? – jęknął zaczynając się mimom wszystko łasić.
- To go Tora ulula do snu z powrotem. W najgorszym wypadku dołączy do zabawy – stwierdził czarnowłosy uśmiechając się zaczepnie. Save spojrzał na niego oburzony.
- Przeklęty zboczeniec – skomentował, po czym podsuną się wyżej i rozpoczął grę wstępną do drugiej rundy.

***

- Mamo dlaczego się tak uśmiechasz – mruknął zażenowany Save patrząc na swą rodzicielkę, na której twarzy igrał psotny, zwycięski uśmieszek.
- Save, wdałeś się z tym w ojca. Uważasz, że jeśli czegoś nie powiesz na głos to nikt się nie dowie – stwierdziła podając mu filiżankę z herbatą i siadając w fotelu.
- No ale jak to? Kiedy się domyśliłaś? To było aż tak widoczne? – pytał rozgorączkowany Save. Arashi pogłaskał go uspokajająco po policzku.
- Wtedy jak byłeś na lekach, a Arashi wyjechał. Nigdy nie przypuszczałam, że możesz być tak bardzo zakochany – uśmiechnęła się dobrotliwie. – Ale z drugiej strony im dłużej znam Arashiego tym mniej ci się dziwie – dodała. Save spłoną rumieńcem.
- Mamo jak możesz tak mówić – jęknął. – Spodziewałem się nagany, wydziedziczania albo linczu, a ty się uśmiechasz i podajesz mi herbatę – jęknął.
- Pewnie jest zatruta – powiedział Arashi z rozbawieniem, po czym podniósł swoją filiżankę i napił się odrobinę.
- Synuś, za kogo ty mniemasz? Za swojego ojca? Niech mu ziemia lekką będzie i da nam w końcu święty spokój. Dość żeśmy się przez niego oboje wycierpieli – stwierdziła z nieco skwaszoną miną.
- No, ale… dlaczego nic nie powiedziałaś, że wiesz? – burknął Save patrząc jak Arashi spokojnie pije herbatę. Jak pije ją posyłając mu te swoje psotne, wyuzdane spojrzenia. Westchnął.
- Jakbym cię nie znała – jego matka wzniosła oczy do nieba. – Udawał byś, że nie rozumiesz o co mi chodzi i narobił przykrości nam wszystkim – prychnęła. – No powiedz, że nie mam racji – podpuszczała go.
- Masz racje – mruknął Save z poczuciem winy. – Arashi wiele razy prosił mnie żebyśmy ci powiedzieli. Zawsze robiłem mu awanturę. A wy byliście w zmowie przez cały ten czas – burknął.
- Czasami miałem ci ochotę powiedzieć – westchnął Arashi po czym pochylił się i delikatnie pocałował Save w ucho. Blondyn odskoczył jak oparzony. – No co? – jęknął Azjata patrząc na niego jak zbity pies. – Przecież już nie musimy chować się po kontach.
- Arashi, gdzie ty masz moralność? – warknął na niego Save. – Nie mogę przecież się z tobą… nie kiedy naprzeciw siedzi moja matka – fuknął. Arashi westchnął z rezygnacją i wrócił na swój koniec sofy nagle bardzo zainteresowany swoją herbatą.
- Oj Save, ty chodzący konserwatysto – westchnęła Sophia uśmiechając się psotnie. – Zawieziesz mnie jutro do sądu. Mam ogłoszenie wyroku w sprawie naszego byłego księgowego. Wygląda na to, że nie stracimy wszystkiego, ale że twój ojciec też nie umiał tak naprawdę gospodarować pieniędzmi – znów westchnęła opadając w głąb fotela.
- A co z Arashim zostawimy go tutaj tak samego? – zapytał Save nie pewnie.
- Nie martw się skarbie. Będzie przecież służba, po za tym przyjeżdża junior. Nie będę się nudził – wtrącił czarnowłosy z błyskiem w zielonych oczach.
- No, dobrze… w takim razi nie będzie trzeba się spieszyć… - mruknął blondyn w zamyśleniu opierając się na poręczy sofy i zamyślając.

Save wrócił z matką z sądu dużo wcześniej niż się spodziewał. Przewidywał, że całe przedsięwzięcie łącznie z dojazdem w tą i z powrotem zajmie im około sześciu godzin. Tym czasem uwinęli się w cztery. Zastanawiał się gdzie znajdzie Arashiego i czy sprawi mu radość swoim szybkim powrotem. Jednak nie mógł go znaleźć. Nie było go w ich sypialni, w ogrodzie, w bawialni juniora ani przy fortepianie. Po raz pierwszy zrozumiał co Azjata miał na myśli mówiąc, że w tak dużym domu można się zgubić. Nie mając już więcej pomysłów, gdzie mógłby się ukryć jego ukochany poszedł do gabinetu ojca, trochę odpocząć. Jakoś dobrze zbierało mu się tam myśli. Gdy zaś otworzył drzwi i przekroczył próg, zamarł zaskoczony.
- Nie stój tak skarbie i zamknij drzwi bo przeciąg się robi – mruknął Arashi zza biurka, obłożony do około papierami rachunkowymi z juniorem na kolanach i okularami na nosie. Save stał jeszcze dobrą chwilę przyglądając się temu w osłupieniu. Nigdy nie widział Arashiego takiego… w okularach? Od kiedy on nosi okulary? - zastanawiał się Save, po czym w końcu wykonał polecenie i wszedł do środka zamykając za sobą drzwi.
- Arashi, co ty właściwie robisz? – zapytał blondyn siadając na fotelu obok biurka i patrząc na Azjatę, na którego kolanach, z głową na blacie biurka spał jego syn.
- Prowadzę wam księgowość. Twoja matka ci nie mówiła? – zapytał Arashi podnosząc na niego wzrok i zdejmując okulary. – Robię to praktycznie od śmierci twojego ojca – dodał.
- Ale… - Save zamrugał zaskoczony. – Jak to możliwe, że nigdy nic nie zauważyłem? - jęknął.
- Skarbie dużo pracujesz, a potem jesteś zmęczony. Nie zauważył byś nawet jakbym zaczął chodzić z tobą na randki nago – stwierdził Azjata.
- No wiesz… - burknął Save. – To bym akurat zauważył. Ale, Arashi, od kiedy ty się znasz na księgowości? – zapytał wciąż nie mogąc tego przyjąć do wiadomości.
- Od czternastu lat – powiedział Arashi uśmiechając się. Widząc minę Save kontynuował. – Pamiętasz jak mówiłem ci, że brałem narkotyki i się uzależniłem. Później Tora mnie kopnęła żebym poszedł na odwyk. Tam żeby zająć nam czas i ogólnie nam pomóc każdy miał jakiś kurs… mi przypadł księgowości. Taka mała rodzinna jest łatwa i trudno się pomylić. Wystarczyło, że odświeżyłem sobie kilka zasad i poznałem zmiany w prawie – dodał składając papiery i układając je na kupkę. Save wciąż jeszcze patrzył na niego jakby widzieli się po raz pierwszy. Arashi zdjął okulary i pogłaskał śpiące na jego kolanach dziecko. Blondyn w końcu się otrząsną.
- Arashi, czy ty nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać? – westchnął uśmiechając się do niego z zadowoleniem.
- Nigdy. Wiesz gdybym przestał szybko byś się mną znudził – stwierdził Arashi wstając i biorąc juniora na ręce. Po chwili położył go na sofie naprzeciw jego ojca. – Wiesz skarbie, zawsze chciałem się tu z tobą kochać – wyznał. Save spojrzał na niego z przerażeniem.
- Arashi, takie rzeczy przy dziecku, bądź ty rozsądny – prychnął.
- Przecież nie mówię, że teraz. Ale gdybyś kiedyś miał ochotę – mruknął okrywając małego Save kocem i idąc do jego ojca.
- Arashi, a ty wciąż myślisz tylko o jednym – westchnął z rezygnacją Save.
- To by było chyba nie w porządku, gdybym myślał o kimś innym niż ty – zamruczał Arashi opierając się na podłokietnikach fotela i nachylając do Save. Zmrużył oczy patrząc wprost na niego. – Im jesteś starszy skarbie, tym bardziej mi się podobasz – dodał, po czym nie pytając o nic skradł mu długi, namiętny pocałunek z ust.

Wdowa Sarivald od dłuższego czasu szukała syna po całym domu. Arashiego też nigdzie nie mogła znaleźć. Dlatego też gabinet jej zmarłego męża był ostatnim miejscem do którego zajrzała. Otworzyła drzwi, ale biurko było zdecydowanie puste.
- Save? – zapytała będąc pewną, że nim tu weszła słyszała głos syna.
- Nie, siedź gdzie jesteś… - zabrzmiał stłumiony szept, gdzieś w głębi pokoju.
- Spokojnie, przecież nie sprawi ci za to lania – odezwał się inny szept z tego samego miejsca.
- Arashi… nie… - dodał zdesperowany głos Save, po czym zza oparcia podłużnej sofy, ustawionej tyłem do wejścia, wynurzyło się popiersie Arashiego. Jego skóra była zroszona potem, a na twarzy widać było jeszcze rumieńce, oddech także był nieco przyspieszony. Część ubrania, która była widoczna okazała się mocno zwichrowana.
- Przepraszam Sophi, ale jesteśmy obiecanie trochę zajęci – powiedział uśmiechając się do niej. – Czy to pilne?
- Arashi… zabije cię – odezwał się zrezygnowany głos Save.
- Nie… to nic ważnego – powiedziała jego matka nieco zawstydzona. – Chciałam tylko zapytać kiedy mnie opuszczacie – dodała już pewniej. Arashi przeniósł wzrok na coś poniżej.
- W poniedziałek muszę być w poradni, wiec pewnie jutro wieczorem – dało się słyszeć zrezygnowany głos blondyna. – Oboje jesteście okropni – jęknął.
- Save, przecież to naturalne… - zaczęła jego matka uśmiechając się, ale to mógł zobaczyć tylko Arashi.
- Co jest naturalne?! Że matka wchodzi jak jej syn uprawia seks z mężczyzną… to chore… ał Arashi, nie ruszaj się tak gdy jesteś… BOŻE MAMO WYJDŹ STĄD!

- Nie patrz tak na mnie. Śpisz na kanapie – syknął Save patrząc groźnie na Arashiego.
- Skarbie ciągle się dąsasz? Przecież to nie była moja wina – jęknął.
- Oczywiście, że była twoja. Nie czaruj mi tu – fuknął Save wciąż patrząc jak na anioł na potępieńca. Nie pomogła nawet smętna minka na sarenkę.
- No ale skarbie. Co ja mogłem zrobić? Poczekać aż do nas podejdzie i zobaczy cię rozkraczonego pode mną? – zapytał tracąc cierpliwość.
- Mogłeś w ogóle nie zaczynać. Mówiłem ci, że gabinet mojego ojca nie jest odpowiednim miejscem na takie rzeczy – syknął Save.
- Ale nie protestowałeś, jak tam poszliśmy właśnie w celu robienia tych rzeczy – sprzeciwił się zielonooki.
- Arashi, koniec dyskusji. To był zły pomysł. Gdybym cię nie posłuchał wszystko było by dobrze.
- Ale skarbie… ile jeszcze każesz mi spać na kanapie. Przecież to, że cię nie dotykałem przez ostanie trzy tygodnie nie cofnie czasu. Nawet jak zaczniemy żyć w celibacie to i tak nic nie zmieni. Twoja matka nas nakryła, ale nic nie widziała, po za tym zareagowała całkiem spokojnie. Powinieneś się cieszyć, że masz taką matkę, która nie wpada w panikę dowiadując się, że jej trzydziestoletnie dziecko uprawia seks!
- Przestań – warknął Save wstając. – Dzisiaj śpisz na kanapie. I koniec.
- A jutro? – zapytał Azjata bez większego entuzjazmu.
- Zastanowię się. – dodał chłodno blondyn idąc do sypialni.


________________________________________________________________________

PS: to przed ostatnio odcinek.